Lawinia

Lawinia zawsze z lekką pogardą prychała słysząc, że komuś potłukł się telefon albo pękł ekran. W jej poukładanym i zaplanowanym wszechświecie nie było miejsca na  nieodpowiedzialne zachowania i ich bolesne konsekwencje. Lawinii przykre rzeczy, czy też wypadki, się po prostu nie przdarzały, gdyż Lawinia była na nie ZAWSZE przygotowana. Zahartowana, pozbierana i samodzielna, no, może czasem tylko troszkę samotna, ale to i tak niczyj interes.

Kiedy, więc jej komórka wysunęła się z tylniej kieszeni właśnie co naciąganych na dupsko dżinsów i  wpadła, z niewdzięcznym pluskiem do, dzięki Bogu, dopiero co spłukanego, lecz o matko, publicznego, klozetu i opadła na jego dno, Lawinia zamarła w kilkusekundowym stuporze. Decyzja o włożeniu pieczołowicie wypielęgnowanej dłoni z jednodniowym manikurem typu french w otchłań owego klozetu nie przyszła Lawinii  łatwo, ale  jeśli czyjeś całe życie leży na jakimś dnie, to obowiązkiem jest je ratować. Kropka.

Po powrocie do domu, komórka spoczęła w papierowej torebce z ryżem, do której Lawinia zaglądała z niecierpliwością co kilkanaście minut, jakby w nadziei, że telefon sam wyskoczy na powierzchnię i zadrynda z radością oznajmiając, że się jednak, ani w toaletowej wodzie, ani w ryżu nie utopił. Ponieważ jednak nie wyskoczył, Lawinia zdecydowała się poczekać z wyjęciem go do rana.

Punktualnie o szóstej obudziło ją brutalne brzęczenie starodawnego budzika, który wyciągnęła poprzedniego wieczoru z korytarzowego pawlacza. Jego dźwięk cofnął ją kilkanaście lat w czasie i już gotowa była jęknąć „Mamo, ja nie chcę iść do szkoły.”, kiedy oprzytomniała i wróciła do teraźniejszości. Rodząca się powoli za lewym oczodołem migrena, uświadomiła jej jak pięknie i delikatnie  co rano budzą ją dźwięki gitary w budziku z  komórki.

Kąpiel ryżowa najwyraźniej zadziałała, gdyż telefon odpalił jak gdyby nigdy nic, a z lawiniowych piersi wydostał się odgłos wypuszczanej przeciągle ulgi.

Pierwszy sms przyszedł wczesnym popołudniem, kiedy Lawinia wychodziła z biura. „PRZYGARNIJ TEGO PSA!” krzyczał wielkimi literami. Troszkę się zdziwiła, bo numer był zakodowany i nijak nie mogła odpisać, że to pomyłka. Zaczęło padać i idąc pod parasolem ze wzrokiem wbitym w chodnik, pilnie unikając zamoczenia rewelacyjnie drogich pantofli, które dodawały jej nogom co najmniej pół metra długości a obu stopom haluksów,  początkowo nie zauważyła, że była śledzona.

Biało-czarny, kudłaty kundel podążał za nią w odległości kilku kroków. Gdy zdecydowanym, acz nagłym, obrotem skonfrontowała psa, ten przypalił głupka, podniósł tylną łapę i zaczął sikać na co popadło, a że popadło akurat na buty gościa czekającego na autobus, dostał kopniaka. Odskakując w bok zaskomlał cicho, po czym przysiadł na właśnie skopanym zadzie i bezczelnie spojrzał w oczy Lawinii. Lawinia wytrzymała jego spojrzenie z pewną ciekawością wyrażoną podniesieniem lewej brwi, wydała z siebie gardłowe „Hmmm…” i ruszyła dalej. Pies podreptał za nią. Po drodze zatrzymała się po chleb. Pies poczekał pod sklepem. Kiedy więc weszła do swojej klatki schodowej, upewniła się, że dokładnie zamknęła za sobą drzwi odcinając kundlowi dostęp do środka.

Siedząc kilka chwil później przy popołudniowej herbacie z cytryną i kanapce z dżemem truskawkowym, bardziej pochłonięta była rachunkowością końca miesiąca w firmie, niż śledzącą ją zwierzyną. Wtedy przyszedł następny sms: ” NO PRZYGARNIJ TEGO PSA. Przecież PADA! To owczarek nizinny!”. Niekontrolowanie prychnęła  herbatą z cytryną powodując kolejne zamoczenie ekranu swojej komórki. Na taką sytuację Lawinia absolutnie nie była przygotowana! Miotana między wyrzutami sumiena, że zostawiła żyjącą istotę na pastwę niesprzyjających warunków pogodowych, a wgryzającą się w myśli obawę, że jest podstępnie i sekretnie obserwowana, wyjrzała przez okno, ale kundla nie było widać. Pomimo obaw, postanowiła jednak wyjść na dwór i sprawdzić czy pies jeszcze na nią czeka.

Złapała wciąż mokry parasol i kiedy z impetem otworzyła drzwi wejściowe niemal się przewróciła o biało-czarnego, kudłatego kundelka leżącego na wycieraczce. Tym razem Lawinia nie wytrzymała długo psiego wzroku intensywnie penetrującego jej twarz. Przykucnęła przed, prawdopodobnie, owczarkiem nizinnym i nie przejmując się, że  jego mokre łapy ubrudzone lekko błotem zostawiają ślady na jej ołówkowej spódnicy długości trzy-czwarte, zanurzyła swoje wypielęgnowane dłonie z jednodniowym manikurem typu french w miękkości psich kudłów . Zapach mokrej sierści, podobnie jak budzik o poranku, momentalnie przeniósł ją w czas dzieciństwa, pełnego beztroskiej radości, wolności i bezpieczeństwa. „Mamo, możemy go zatrzymać?” – bezwiednie zapytała w myślach.

„Oczywiście. Ma na imię Kuba.” – wyświetlił ekran telefonu.
owcyarek nizinny

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s