Nie mogę przecież krzyczeć

Kiedy wspomnę 
pieszczotę twych rąk 
nie jestem już dziewczyną 
która spokojnie czesze włosy 
ustawia gliniane garnki na sosnowej półce 

Bezradna czuję 
jak płomienie twoich palców 
zapalają szyję ramiona 

Staję tak czasem 
w środku dnia 
na białej ulicy 
i zakrywam ręka usta 

Nie mogę przecież krzyczeć*

Pisanie pamiętników jest zajęciem przynoszącym katastrofalne w rozmiarze konsekwencje i to w najmniej oczekiwanym momencie.

Płynie sobie życie spokojnie, i nie wiadomo z jakiego powodu, kierowana nudą, ciekawością, czy wrodzoną głupotą, sięgam któregoś dnia po jeden z moich zeszycików.

I nie żaden tam zeszycik z gatunku tych „bezpiecznych”, w których moje egzystencjalne problemy sprowadzały się do wrednej pani od fizyki, która postawiwszy mi dwie pały na początku roku szkolnego (nigdy tego typu osiągnięcia w przedmiotach ścisłych nie zajmowały mi wiele czasu) przez resztę półrocza, z wypracowaną do perfekcji perfidią, zostawiła mnie w spokoju, przez co groził mi egzamin komisyjny.

Albo inny, w którym się strasznie złościłam, kiedy jakiś bubek, w góralskich kapciach i poprzecieranym szlafroczku, robiący za ratownika na ośrodku wypoczynkowym, na którym przez kolejne wakacje wyrosłam z pieluch, zaczęłam chodzić, nauczyłam się pływać i całować z chłopakami, próbował mi zakazać pływania dalej niż za pomostem. Ależ! Proszę! Bardzo! Nastoletniej królowej ośrodka nie mówi się, gdzie może, bądź nie może pływać!!!

Ratownik próbował ratować swój autorytet próbując przypalić mnie papierosem. Dorwał mnie na lądzie stałym, w godzinach wieczornych, na ganku mojego kempingu, kiedy spokojnie czekałam, aż mi się makaron ugotuje. Kucnął sobie przede mną i długotrwale mroził mnie wzrokiem, z lekka tylko ogrzanym żarzącym się papierosem, który trzymał na wysokości mojego trzeciego oka. Prawie mnie w trans wprowadził, bo mamrotał pod nosem jak mantrę jakąś:  „Nikt mnie nie będzie ośmieszał!”, „Nikt mnie nie będzie ośmieszał!”. Oczywiście, strasznie mi się śmiać chciało. Młodość tak ma, że w swojej głupocie i hardości, niczego się nie boi. Ratownik musiał chyba poczuć wibrację odwagi z mojego trzeciego oka, bo kiedy fajka mu się dopaliła, a ja nie umarłam ze strachu, powstał i odszedł. Zaraz potem okazało się, że makaron się nie dogotował.

Pod koniec sezonu byłam już z ratownikiem zaprzyjaźniona, łaziliśmy razem do wioski na balety i jako jedyna na ośrodku pływałam gdzie chciałam, ale do dziś uważam, że nie miał kwalifikacji.

Wracając do zeszycików. Więc, nie zdjęłam z półki jakiegoś normalnego rocznika. Nie! Ja musiałam sobie wyciągnąć rocznik 1998, kiedy byłam młoda, piękna (tak, tak! dzisiaj jestem o tym przekonana), bezdzietna, samowystarczalna, z własnym gniazdkiem na poddaszu i Fordem Scorpio w kolorze ciemnego granatu z pięciobiegową, manualną oczywiście, skrzynią biegów,  a do tego z pięknie umięśnionym facetem, który nie oczekiwał, że będę mu gotować i sam mnie karmił na mieście. Na twarzy miał zawsze nieśmiały uśmiech i trzydniowy zarost, którym rewelacyjnie pobudzał zakończenia nerwowe np. na … szyi. Nic dziwnego, że nogi miałam zawsze wydepilowane, a na nich pończochy z podwiązkami…

Spędziłam popołudnie na czytaniu historii tego związku i z kartki na kartkę, włos mi się na głowie coraz bardziej jeżył. Jakbym mogła… jakbym dorwała tamtą ja… jakbym jej po pysku natrzepała… No, głupia koza! Najwyraźniej przedmioty ścisłe nie były jedynymi, w których byłam całkowitym antytalenciem! Takie ciacho z rąk wypuścić!!! Jezus Maria!!!

Przywilejem młodości jest arogancja i przekonanie, że tyle jeszcze mamy do zdobycia. Pewność, że tuż za zakrętem czeka nas coś jeszcze lepszego, nowego. I pewnie, w wielu przypadkach, tak jest.

Tylko tak mi jakoś wyszło, że już dla nikogo nie nosiłam pończoszek, bo strasznie po tyłku ciągnie, a z wiekiem zapalenie pęcherza przestaje być zabawne. Poza tym każdy kolejny mężczyzna oczekiwał ode mnie domowego obiadu! Bogu dzięki, wiedziałam już jak się makaron, mniej więcej, gotuje. Proszę o wybaczenie, ale nie znajduję sensualnego powiązania między garnkami i podwiązkami.

Żeby było jeszcze śmieszniej dodam, że wyszłam za mąż za wykwalifikowanego ratownika. Karma jakaś! Z czasem były też i góralskie kapcie i poprzecierany szlafroczek, oraz trzydniowy zarost, który absolutnie nie mobilizował do depilacji odnóży, ledwo do byle jakiego przejechania po nich żyletką pod prysznicem.

Ale najbardziej mi żal tej pięciobiegowej, manualnej skrzyni biegów… Sześciobiegowa, automatyczna niby lepsza, wygodniejsza… Tylko  podniecenia przy wsiadaniu do auta w ogóle nie czuć!

* Wiersz Małgorzaty Hillar „Czekanie”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s