Kilem po dnie

Miałam 11 lat, kiedy jakimś przedziwnym splotem okoliczności, związanym z pracą mojego taty w Pałacu Młodzieży, wylądowałam na obozie żeglarskim.

Po mieczu mamy w rodzinie kilku entuzjastów pływania na jachtach, niestety ja nie jestem jednym z nich. Moje zainteresowanie żaglami skończyło się już pierwszego dnia obozu, po tym jak zawisłam w pięknym vandamowskim szpagacie między pomostem a burtą.

Co prawda, dzisiaj mam opanowane wchodzenie na pokład, łażenie po nim mniej więcej w pozycji pionowej, a nie na czworakach, wiem gdzie rufa, a gdzie dziób, i takie tam, bo zmuszona byłam wytrwać na obozie do końca. Nie czuję jednak potrzeby chwytania steru, łażenia po masztach ani śpiewania szant. Wystarczy mi wiatr we włosach i szum fal kiedy płynę kajaczkiem.

Dlatego zupełnie nie rozumiem co mnie podkusiło, żeby zgodzić się na pływanie z moim JeszczeMężem i dziećmi.

JeszczeMąż nosił w sobie zew pływania od wczesnej młodości, którą spędził jako ratownik na jeziorze w Polsce północnej. Owe jezioro wielkością nie grzeszy, więc zakładam, że jakiekolwiek żeglowanie na nim przypominało raczej bieganie na stadionowej bieżni – w kółko. Trzeba było kilkudziesięciu lat i siostrzeńca, który nie wiedział co zrobić ze swoją starą łajbą, aby dawnej pasji dmuchnąć wiatrem w żagle.

I tak w zeszłym roku  mój JeszczeMąż stał się posiadaczem 10- metrowego jachtu do niemal kapitalnego remontu.

Dzieci zostały zaangażowane /zaszantażowane /sterroryzowane do pomocy przy czyszczeniu, bejcowaniu, malowaniu itp. itd. Nie próbowałam ich ratować, bo marina była kawał drogi od domu i nie opłacało się im jechać na godzinę, dwie, więc dzięki temu miałam CAŁY dzień wolny od bycia matką.  Kiedy zaczęli wypływać na zatokę zaczęłam się modlić o słabe wiatry, a córkę zapisałam na lekcje pływania.

Minął sezon, wszyscy przeżyli, zaczął się następny, no i w końcu wypadało obcykać łajbę. Obiecałam, że tym razem pojadę z nimi.  I to był błąd…

Wiadomo, że dziedziczymy dużo po naszych rodzicach, a córki po matkach, to nawet więcej niż by chciały. Moja mama na przykład jest feralna do jazdy samochodem. Sama nie prowadzi, bo odechciało jej się robić prawo jazdy po wypadku w samochodzie marki Żuk. Podejrzewam, że wypadek byłby mniej dramatyczny, gdyby mamusia nie próbowała przejąć kierownicy z głębokim przeświadczeniem, że zdecydowanie lepiej wie jak wyprowadzić auto z poślizgu, niż kierowca. W związku z tym traumatycznym epizodem całe samochodowe życie mamy odbywa się na przednim siedzeniu pasażera. Mama zawsze wie, kiedy można spokojnie skręcić w lewo z podporządkowanej, bo już to sprawdziła blokując przy tym cały widok prowadzącemu.

Feralność rodzicielki polega jednak przede wszystkim na psuciu się aut, w których podróżuje, niewytłumaczalnych zatrzymań silnika na środku torowiska z nadjeżdżającym tramwajem w tle, kilometrowych korkach w drodze na lotnisko, znikających alternatorach, wyładowanych akumulatorach, braku stacji benzynowych i jeździe na oparach itp. itd.

Wsiadając na pokład nie przewidziałam, że będę dla tego jachtu niczym mama dla samochodu – pechem.

Wszystko przebiegło miło, łatwo i przyjemnie. Siedziałam sobie na rufie, w kapelusiku i okularkach przeciwsłonecznych, pozdrawiając mijane jachty, stateczki i motorówki, nonszalanckim podniesieniem dłoni niczym królowa brytyjska machająca do poddanych. Piękne uczucie – polecam.

Wypłynęliśmy z kanału, dostałam zimne piwo, a panowie rozłożyli żagiel. Zaczęły się telefony z biznesu. Ktoś czegoś potrzebował. Trzeba było zadzwonić do kogoś po coś, a potem oddzwonić. Fantastyczny zasięg telefonii komórkowej na tym zalewie. Panowie rozłożyli jib. (Też wiem co to jest. Dla tych, którzy nie byli na obozie żeglarskim, taki żagiel trójkątny przed żaglem głównym.) Nabraliśmy prędkości, bo jeszczemąż lubi pływać tak jak prowadzić samochody – szybko i w jaśniepańskim stylu.

W międzyczasie okazało się, że nic nie widać na ekranie nawigacji, której głównym zadaniem jest pokazywanie mapy dna.  O zepsucie posądzony został siostrzeniec, który dzień wcześniej używał łodzi i najwyraźniej nie wyłączył urządzenia pozostawiając je na pastwę słońca. Panowie odebrali jeszcze kilka telefonów. Wykonali jeszcze dwa.

Po czym wpłynęliśmy na mieliznę.

Jakieś pół godziny wcześniej, po wyjściu z jachtowej toalety, pomyślałam, że najcięższe już za mną. Każda kobieta, która próbowała załatwić swój kobiecy biznes na rozbujanej łajbie, w pomieszczeniu wielkości lodówki, z drzwiami, których nie można zamknąć od środka, więc otwierają się na oścież przy każdej fali,  będzie wiedziała co mam na myśli. W takich warunkach, po prostu nie da się trafić w dziurkę! Ale, okazało się, że to był pikuś.

Dwie godziny zajęło nam namierzenie siostrzeńca w celu wezwania pomocy. (Bogu dzięki za ten fantastyczny zasięg.) Następną godzinę oczekiwanie na jego przybycie. Następne dwie ciąganie się na linach za jego motorówką. Wszystko to z ciałem pod wiecznym kątem 35 stopni nachylenia, bo tak się fajnie szło z tym wiatrem i szybkością, że burta robiła za dno…

Podczas ostatnich dwu godzin poczyniłam również obserwacje psychologiczne dotyczące zachowań prawdziwych mężczyzn w sytuacjach kryzysowych.

Jako prawdziwi mężczyźni (bo mięczaki jachtami przecież nie pływają), mój jeszczemąż, jego siostrzeniec i mój syn, uważali, że każdy z nich wie lepiej jak się wyciągnąć, co potwierdzali krzykiem i przekleństwami. Leciały pięknie rozbudowane, soczyste wiązanki, pełne mięcha, rzucane gromkimi głosami, żeby nie było wątpliwości, że stojący na zawietrznej odbiorca usłyszał każde słowo. Prawdziwe wilki morskie.

W końcu udało się! Nie obyło się bez ofiar. Jeszczemąż siedział na bomie (to ta część, która na filmach zawsze kogoś w łeb rypnie) maksymalnie wysuniętym za lewą burtę w celu przechylenia łodzi jeszcze bardziej i uwolnieniu kila z mułu.  Nie wiem jak to się dokładnie stało, ale w pewnym momencie przeleciał na tym bomie, jak czarownica na miotle, na drugą stronę jachtu, niemal rypiąc w łeb  pierworodnego,fiknął spektakularne podwójne salto, po czym walnął w dno na  głębokości metra dwudziestu.

Drugą ofiarą był mój syn. Też dostał bomem, tym razem przeze mnie. Nie powinni oddawać steru w moje ręce, kazać mi trzymać kurs na boję, którą ledwo było widać znad fal, po czym zacząć zwijać żagle i zablokować mi widok na nią swoimi ciałami. Nic dziwnego, że zrobiłam kilka ostrych zakrętów. Nic dziwnego.

Co dziwne, panowie po kilku godzinach krzyczenia i przeklinania na siebie, już po powrocie do mariny gadali ze sobą jakby nigdy nic. Ja natomiast, byłam gotowa wypalić paczkę fajek, wypić butelkę wina i zagryźć xanaxem.

Wyciągnęłam kilka ważnych wniosków z tej żeglarskiej przygody.

  1. Nie zdradzać kajaków z jachtami.
  2. Trzymać się z dala od wszelkich ruchomych  i skośnych podłoży, jak również od toalet, wielkości znaczka pocztowego.
  3. Krzyczeć i kląć na facetów, bo taki język najwyraźniej przyswajają najszybciej i najlepiej.
  4. Zawsze mieć przy sobie butelkę wina, fajki lub tabletki uspakajające.
  5. A najlepiej systkie tsy.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s