Idy marcowe

Mam na imię Ida. Dziś jest dzień, w którym zdecydowałam, że chcę być swoim priorytetem. Jestem najważniejszą osobą w moim życiu. Tu i teraz. Zawsze.

Długo błądziłam ciemnymi, zamglonymi ścieżkami meandrując wśród  nieszczerych przyjaciół, niezdrowych związków i niedobrych decyzji. Pozwólcie, że opowiem wam moją historię.

Każdy poranek zaczynał się mniej więcej tak samo. Powieki nie chciały się podnieść, ciało odmawiało wykonania jakiegokolwiek ruchu. Dojście do łazienki i załatwienie czego trzeba zabierało energię, której czasem nie wystarczało nawet na umycie zębów. Następny dzień, w którym sama myśl o zrobieniu czegokolwiek była męcząca.

Stwierdzenie, że nie pachniałam ładnie byłoby, w najlepszym razie, uprzejmością. Ale kiedy nie ma sił na nic, trzeba dokonywać dziwnych wyborów. Skoro jestem wreszcie pod prysznicem, to czy powinnam umyć głowę, czy lepiej ogolić nogi? Przy goleniu dostawałam większej zadyszki, przy myciu głowy miałam helikopter.  Umyć podłogę, czy zmienić pościel? Wyjąć naczynia ze zmywarki, czy wynieść śmieci?

W agencji, którą prowadziłam wspólnie z Eligiuszem, pojawiałam się coraz rzadziej, zawsze wchodząc tylnymi drzwiami, aby uniknąć karcących spojrzeń pracowników, i tych zdziwionych i niedowierzających, rzucanych przez klientów.  Z kołtunem na głowie, w porozciąganych dresach, które dawno prosiły się o wypranie i rozczłapanych trampkach, które można było nałożyć bez schylania się i wiązania sznurówek. Ale, dla mnie, zejście do pralni, która była w piwnicy, to był wysiłek i kiedy przychodził dzień, w którym nie było już innego wyjścia i trzeba było zrobić pranie, oznaczało to, że  będę musiała zamówić obiad. Dwóch tak wycieńczających czynności nie dałabym rady zrobić w jeden dzień…

Moja kanapa stała się moją przystanią. Obejmowała mnie bezpiecznie, przytulała. Była tak wygodna, że nie musiałam zmieniać pozycji. Zmiana pozycji zabierała oddech i powodowała wariacje serca. Kanapa dostała nawet swoje imię, po tym jak Eligiusz stwierdził żartem, że mam z nią lepszą relację niż z nim. Ale wtedy jeszcze potrafiliśmy żartować…

Dwa lata, w czasie których moje początkowo trochę większe niż zwykle zmęczenie, rozwinęło się w życiowy paraliż, zweryfikowały wiele związków, w tym i ten najważniejszy. Ten “na dobre i na złe, w szczęściu i w chorobie”.

Niewielu ludzi potrafi, tak naprawdę i szczerze, być z kimś w chorobie. Jeszcze mniej, kiedy choroba nie jest długo nazwana a potem ciągnie się miesiącami. Bo ileż można pytać o samopoczucie, słuchać, że nie jest dobre, reagować na ból, bardziej psychiczny niż fizyczny w moim przypadku, i  patrzeć jak ciągle gdzieś leżę i nie mogę nic?  A przecież chcieć to móc! Wystarczy odrobina dobrej woli, samozaparcia, wysiłku.

Eligiusz nie sprawdził się w trudnych warunkach. Widzałam w jego oczach potępienie i złość. Każdego dnia więcej.  On codziennie znajdował siły na pracę, bez względu na swoje bolączki. Czemu ja nie?

Nie był wylewnym, ani nawet otwartym człowiekiem. Nazywałam go, początkowo pieszczotliwie, potem złośliwie, czołgistą. Mimo, że o tym wiedziałam, to kiedy nie pytał do jakiego lekarza idę, ani jak przebiegła wizyta, było mi przykro. Nie zapytał nigdy. Ani razu nie usłyszałam pytania “Jak się czujesz?”, “Co ci jest?”. Ani razu.

Za to ciągle miał wyrzuty, że czegoś nie zrobiłam, nie dopilnowłam, nie przyszłam do pracy, przyszłam za późno, byłam w niej za krótko. Że jestem leniwa, wiecznie siedzę i nic nie robię, na nic nie mam ochoty.

Zjadało mnie poczucie winy i myśl, że może on ma rację? Eligiusz, w niezachwianym przekonaniu, że ma, wyprowadził się w ciągu kilku miesięcy od rozpoczęcia mojego związku z kanapą.

Mój lekarz stwierdził, że mam depresję. Mój brak energii i marazm to wynik stresującej pracy, stresującego związku i stresującej ekonomii.  Zapewnił, że antydepresanty i środki uspakajające przywrócą mnie do równowagi. No, ale nie przywróciły, za to pięknie mnie otępiły, dzięki czemu pomiędzy naturalnym już dla mnie zmęczeniem, a reakcją na leki, chodziłam równomiernie przymulona.

Wczesną wiosną przez przypadek trafiłam do lekarki, która była na zastępstwie. Była młoda i niedoświadczona i pewnie dlatego tak się przyłożyła. Zleciła baterię testów. Po następnej wizycie, z fatalnymi wynikami i jeszcze gorszym EKG zostałam odesłana prosto na pogotowie, a stamtąd do hematologa. Miałam anemię.

Dziś myślę, że to nie był przypadek, że zapadłam właśnie na anemię, będąc żoną człowieka, który nigdy nie tolerował, ani fizycznej, ani psychicznej, słabości. Anemia to przecież nie choroba. To fanaberia przykrywająca lenistwo i zaniedbywanie samej siebie. Przecież inni borykali się z prawdziwymi chorobami i jakoś dawali radę funkcjonować nie obnosząc się z tym. A ja?

Nie twierdzę, że moja choroba była jedynym powodem naszego rozstania. Bóg jeden wie, że było ich wiele, ale bez wątpienia, gdyby nie ona, tkwiłabym w związku, który sam wymagał leczenia. Ona była katalizatorem do zmian. Z wielką ostrością ukazała wszystkie braki naszego związku.  Organizm i psychika, które tak długo jechały na rezerwie, zatrzymały się całkiem, gdy okazało się, że bak jest pusty.

Przez cztery miesiące, raz w tygodniu, dostawałam dożylne infuzje żelaza. Co tydzień siedziałam pod kroplówką obok chorych na raka dostających chemię. Czułam się jak intruz, bo przy raku mało co jest chorobą. Taka perspektywa szybko ustawiła moje priorytety. Wtedy, jeszcze o tym nie wiedząc, postawiłam pierwsze kroki na prostej ścieżce.

Odpadło też kilka znajomych, wcześniej głośno wykrzykujących manifesty prawdziwej przyjaźni, zastanawiających się czy same nie potrzebowałyby kroplówki, reagujących słodko podbarwionym „oooo”, kiedy ciężko mi było złapać oddech przy zwykłej konwersacji, które, dosłownie, za moimi plecami, w bardzo bliskiej odległości moich uszu, perrorowały o swoim zniesmaczeniu moim nieróbstwem i leżeniem na kanapie.

Jest tyle prawdy w ludowych przysłowiach, że włos mi się na skórze podnosi. Przyjaciół poznajemy w biedzie.  Albo to o odpłacaniu pięknym za nadobne. Nadobnie pomogłam, kiedy nawet najbliższa rodzina się odwróciła. Beze mnie spełnienie ważnego marzenia prawdopodobnie by nie nastąpiło. Pięknie usłyszałam, że jestem  niezapracowującym na nic nierobem. Słowa o mnie, skierowanie nie do mnie, przez osobę bliską mojemu sercu.

Tego wieczoru coś we mnie pękło. Nie wiedziałam jak się bronić, jak skonfrontować, wytłumaczyć. Raptem dwie, nieprzepadające za sobą i obgadywujące się nawzajem koleżanki, znalazły coś co je zjednoczyło – mnie i moją kanapę.

Może powinnam czuć się dumna, w końcu przyczyniłam się do stworzenia nowej przyjaźni?  Ludzie przecież przychodzą i odchodzą, a od każdego mamy się czegoś nauczyć. Niektóre lekcje są przyjemne, inne mniej. Dziś wiem, że będę otaczać się ludźmi, którzy chcą być ze mną, nie pomimo mojej słabości i wrażliwości, ale właśnie dla nich.  Nie każda miłość jest na zawsze, nie każda przyjaźń jest prawdziwa. To była moja lekcja.

Po co to piszę?  Chciałabym wierzyć, że mimo, iż nadal nie jestem magnesem dla żelaza, a moje serce nie jest silne jak dzwon, to dziś jestem mocniejsza dzięki mojej słabości.

Zawsze wierzyłam, i nadal wierzę, że szczęście jest wyborem. Czasem tylko bardzo ciężko jest o tym pamiętać, kiedy życie zwala z nóg. Ale dziś jest  dzień, w którym zdecydowałam, że chcę być swoim priorytetem. Jestem najważniejszą osobą w moim życiu. Tu i teraz. Zawsze.

Z miłością, Ida.

Idy marcowe (łac. Idus Martiae także Idus Martii) − w kalendarzu rzymskim święto środka miesiąca (piętnasty dzień) marca, święto poświęcone rzymskiemu bogowi wojny – Marsowi. Odbywał się wtedy przegląd wojsk.

Idy marcowe są szczególnie znane, ponieważ podczas tego święta w 44 roku p.n.e. Juliusz Cezar został zamordowany, otrzymując 23 pchnięcia sztyletem, zadane przez grupę ok. 60 zamachowców, w tym jego przyjaciela, Brutusa.*

*Wikipedia

Reklamy

10 myśli w temacie “Idy marcowe

  1. Aniu czytałam z bijącym sercem, przez cały czas się zastanawiając jaką pamiętam Anię .Silną,pełną energii zawsze z głową pełną pomysłów na życie .A tu kanapa pomyślałam sobie jaka kanapa to nie może być prawda.Życie płata nam różne figle .Głowa do góry i do przodu.POZDRAWIAM.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s