Trudne dzieciństwo

Dziś po przebudzeniu zza okien doszedł mnie zapach, który przeniósł mnie do czasów dzieciństwa. Ostry, z lekka zimny, zapach powietrza zwiastujący nadchodzące lato. Tak pachniał czerwiec, kiedy jeszcze rano trzeba było wstać do szkoły, z nieba już oślepiały ostre promienie porannego słońca a w powietrzu czuć było obietnicę nadchodzących wakacji i popołudniowego ciepełka.

Można było założyć koronkowe podkolanówki, spódnicę i koszulkę z krótkim rękawkiem, a wracając ze szkoły do domu zatrzymać się na waniliowe lody z automatu sprzedawane z metalowego kontenera na rogu ulic Jagiellońskiej i Bohaterów Warszawy udającego lodziarnię.

Życie było nieskomplikowane, a problemem było jak w nadchodzącą sobotę pobić koleżankę Gosię w wyścigu do kiosku ruchu w celu zakupienia Świata Młodych, w którym, na kiepskiej jakości papierze z przerobu makulatury, znaleźć można było plakat jakiegoś idola.

Pan z kiosku uparcie zamawiał, bądź raczej tyle miał z przydziału, tylko trzy egzemplarze. Gosia zdecydowanie wstawała wcześniej i miała bliżej do kiosku, a mi udało się dorwać ten nieszczęsny Świat Młodych chyba tylko raz. No, ale Gosia miała też młodszego brata, którego celem życiowym było doprowadzanie siostry do białej gorączki, i pewnie dlatego wyrabiała się lepiej czasowo. Ja, jako jedynaczka, mogłam spać spokojnie. Jeszcze jeden dowód na to, że rodzeństwo należy mieć i basta.

W paczce ze mną i wspomnianą koleżanką Gosią, były również Edyta i Agnieszka. Niemal codziennie po szkole szłyśmy do Edyty, gdzie na oszklonym balkonie jej mieszkania na parterze, popołudnia spędzałyśmy na słuchaniu naszych idoli, graniu w tysiąca i jedzeniu chleba z cukrem. Z tego co pamiętam, rodzice Edytki nie bardzo byli szczęśliwi z premanentnie brakujących kromek w bochenku.

“Było nas trzech w każdym z nas inna krew”. Nas było cztery i każda kochała się w kim innym. Gosia w Shakin’ Stevensie, ja w Georgeu Michaelu, Edyta w Limahlu, a Agnieszka w Michaelu Jacksonie.

Czyli Gosia, już w wieku dojrzewania, preferowała dużo starszych mężczyzn, Edyta, wiecznych chłopców, którzy, jak się okazało 30 lat później, nadal ubierają i czeszą się tak samo, Agnieszka spać po nocach nie mogła przez dziecięcego molestera, a ja przez homoseksualistę.

Fakt, że każda z nas wyrosła na zdrową psychicznie kobietę jest dowodem na to, że cuda jednak się zdarzają.

Jest to cud tym większy, biorąc pod uwagę nasze, dość częste spacery po Parku Kasprowicza, gdzie w krzakach przy polance, miałyśmy swojego osobistego perwerta obnażającego się na zawołanie. Cóż, takie były czasy. Edukacja seksualna nie istniała, a twórcy Google sikali jeszcze w pieluchy. Tetrowe! Trzeba było sobie jakoś radzić, no nie?

Granie z koleżankami w tysiąca okazało się bardzo pomocne, kiedy musiałam udowodnić swoją lepszość koledze z sąsiedniego domu dziecka. Nie pamiętam o co poszedł zakład, ale po lekcjach, na tylnym ganku szkoły, w obecności trzech innych osieroconych rozrabiaków, udało mi się rozłożyć kolegę Wojtka już w pierwszym rozdaniu, pojedynczym meldunkiem w kolorze pik. Znaczy się, czterdzieści zameldowałam, a on nic.

Do końca szóstej klasy, która niestety była moją ostatnią w tej szkole i dzielnicy, nadal cieszyłam się szacunkiem elementu potocznie, i bardzo niesłusznie, uważanego za chuligańsko-patologiczny.

Napisałam “nadal”, gdyż wydaje mi się, że kilka miesięcy wcześniej, podtapiając kolegę Arkadiusza w chłopięcej toalecie, na takowy zasłużyłam. Arkadiusz zdenerwował mnie bardzo, gdyż atakował płeć piękną napełnionymi wodą balonami. Przy następnym napełnianiu tychże balonów postanowiłam z nim porozmawiać konstruktywnie. Nie dało się. A że drobnej budowy był…

Coż, w każdym razie, tak z kolegą Wojciechem jak i z Arkadiuszem, zostaliśmy dobrymi kumplami.

To były czasy kiedy namiętnie grało się w gumę, albo kabla, wisiało na trzepaku, bawiło w chowanego albo wycinało się kawały dorosłym, a rodzice generalnie nie zgłaszali zaginięcia dziecka dopóki na noc do domu nie wróciło. Ostatnio doszłam do zatrważającego wniosku, że moi mnie chyba mało kochali bo zupełnie się mną nie martwili!

Kiedyś z koleżanką Hanią, JEDYNYM dzieckiem z rowiedzionymi rodzicami jakie znałam, która raz na dwa tygodnie nawiedzała nasze podwórko będąc w odwiedzinach u tatusia, postanowiłyśmy zabawić się w detektywów.  Zaczęłyśmy śledzić pewnego pięknego irlandzkiego setera, który prowadził obok siebie jakiegoś faceta. Nie byłoby w tym nic niewłaściwego, gdyby nie fakt, że nasza akcja objęła podróż dwoma tramwajami i autobusem, po czym wylądowałyśmy na jakimś kompletnym zadupiu. Gdzie ten seter irlandzki tego faceta prowadził do dziś pozostaje zagadką.

Ale! Jakoś udało nam się wrócić do domu na dobranockę, i fakt, że nikt mnie od rana nie szukał, i że w dupę nie dostałam woła o pomstę do nieba!

Szkoła też nie sprawdzała się jako instytucja mogąca zapewnić bezpieczeństwo. Już sam fakt, że podtopiono na jej terenie wychowanka sąsiedniej placówki opiekuńczej i nie wyciągnięto z tego incydentu ani wniosków ani konsekwencji, świadczy samo o sobie.

Uczniowie nie byli wystarczająco dozorowani i udawali się na wagary nagminnie a nawet grupowo! Szczególnie 21 marca w celu powitania wiosny, oczywiście.

Wiosny z roku 1984  trzeba było dość daleko szukać, jak się okazało, nie znaleźliśmy jej również na drugim końcu miasta na jeziorze Głębokim, gdzie udaliśmy się gromadą ponad dwudziestu osób. W połowie spaceru wokół jeziora stwierdziliśmy, że szybciej będzie przejść na drugą stronę po lodzie. Taaa…

Do dziś na wspomnienie tego pięknego przejawu naszej dojrzałości intelektualnej dostaję gęsiej skórki. Nad głupimi muszą jednak czuwać anioły, bo mimo, że lód trzeszczał po naszym stadem, udało nam się wszystkim przejść to nieszczęsne jezioro Głębokie. Czemu się tak nazywa tłumaczyć nikomu nie trzeba.

W każdym razie bury w domach nie było, bo strach przed konsekwencjami pewnie był większy od strachu przed wpadnięciem pod lód, więc większość z nas trzymało język za zębami. Sama pochwaliłam się rodzicom po upłynięciu takiej ilości lat, że nie wypadało mi już wlać.

Pewnie każde pokolenie powie, że miało trudniejsze, ale mimo wszystko fajniejsze dzieciństwo niż poprzednie. Ostatecznie nasi rodzice bawili się na powojennych ruinach i słyszałam mrożące krew w żyłach opowieści o niewybuchach i niewypałach (różnica naszemu pokoleniu została wyłuszczona na lekcjach Przysposobienia Obronnego), które wrzucało się do ogniska albo do gnojówki, w celu uzyskania bum, bądź jego zapobiegnięciu. Przy takich historiach moja wędrówka po lodzie to żadne ryzyko!

Ze smutkiem stwierdzam, że moje dzieci to mają przechlapane, tym bardziej, że Amerykańce! Na żadne zabawki i słodycze nie musieli czekać do świąt! Kulki z płatków owsianych i kakao robi się teraz z mody na zdrowe odżywianie, a nie z braku czekolady w sklepach. Podwórek nie ma. Na zabawy trzeba się umawiać telefonicznie z kilkudniowym wyprzedzeniem. Ze szkoły na wagary wyrwać się nie można, bo zaraz dzwonią do rodziców.

Jakby tak było za mojej młodości to cała moja edukacja kulturowa wzięłaby w łeb! Nie obejrzałabym tylu wspaniałych filmów na Konfrontacjach Filmowych, nie zobaczyłabym prac Witkacego w muzeum, nie poznałabym tylu fajnych ludzi z innych szkół, którzy też właśnie wagarowali. Jedną z moich lepszych koleżanek poznałam na porannym seansie “Dzieci gorszego boga”, kiedy się okazało, że obie właśnie czytamy “Mistrza i Małgorzatę” czekając na wejście do sali.

A teraz co? Telewizja, komuter, telefon. Strasznie trudne dzieciństwo mają!

 

Reklamy

2 myśli w temacie “Trudne dzieciństwo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s