om

Zaczynamy długi weekend, dziś dzień wolny od szkoły, w który nie trzeba się zrywać bladym świtem, budzić dzieciaka, który absolutnie nie kooperuje, próbować go nakarmić czymkolwiek, żeby cokolwiek miał w żołądku do lunchu, odwieźć go do szkoły, po czym wrócić i powtórzyć cały proces z dzieckiem nr 2.

Oczywiście obudziłam się o godzinie 5:20 rano!

Pomęczyłam się jeszcze jakiś czas w łóżku, bardzo mocno próbując sobie udowodnić, że wiem lepiej, i że wcale nie jestem wyspana i zaraz zasnę.

Niestety przegrałam tę walkę, okazuje się, że moje ciało nie da się zrobić w jajo. Z ciężkim sercem opuściłam moje całe 45 centymetrów powierzchni przy prawej krawędzi mojego 2,20m x 2,20m łóżka, na którą zostaję zawsze bezlitośnie zepchnięta, kiedy dziecko numer dwa czuje potrzebę przytulenia się do mamy w środku nocy.

Pozytywnie stwierdziłam, bo przecież trzymam w głowie tylko myśli pozytywne, że skoro Wszechświat podarował mi tyle dodatkowego czasu to, równie dobrze, mogę sama od siebie dorzucić coś dobrego.

Postanowiłam wypić magiczną wodę z cytryną, miodem i octem jabłkowym w celu oczyszczenia organizmu. W połowie szklanki doszłam do wniosku, że to wcale nie jest dobre,  na raz tego nie dam rady przerobić i wezmę resztę na ogródek, gdzie na wygodnym foteliku zaplanowałam sobie pomedytować.

Po drodze musiałam wypuścić Edgara, który o ile samotnego siedzenia w ogrodzie zawsze odmawia, udając, że nie widzi otwartych dla niego drzwi i trzeba go wyganiać jak cielaka na pastwisko, o tyle, kiedy ja wychodzę i jego nie wezmę, zaczyna arię pisków, skomleń i poszczekiwań.

Siadłam, więc sobie na wygodnym foteliku, włożyłam słuchawki w uszy, znalazłam medytację, którą kilka dni wcześniej przesłała mi moja Bogini, łyknęłam mojej magicznej wady, strasznie się wzdrygnęłam, zamknęłam oczy i …

… mniej więcej po niecałej minucie, Edgar postanowił, że właśnie przyszedł właściwy czas, aby ucieszyć się na mój widok i włożyć swój pysk pod moje splątane w mudrze dłonie domagając się pogłaskania. Udaje mi się nie okazać zirytowania. Zachowuję spokój.

Kenneth z medytacji pięknie mi mruczy swoim barytonem, że „Jestem spokojna i zbalansowana.”, a to wszystko przy wibracji 852 Hz, w celu osiągnięcia jedności z prawdą. Pies zaczyna swój pysk wkładać pod moje kolana. Nie otwierając oczu próbuję przegnać najwyraźniej niedorozwinięte duchowo zwierzę. W końcu udało się, Edek zainteresował się czymś innym i się odczepił.

Wracam do medytacji, gdzie właśnie „Kąpię się w rzece odwagi i siły.” o czym barytoni mi do ucha Kenneth. Już się widzę pluskająca w tej rzece, w promieniach zachodzącego słońca. Jest pięknie. Ja jestem piękna, zgrabna i powabna, a w wodzie nie ma żadnych wodorostów smyrających mnie po nogach.

„Jesteś nie do zatrzymania.” mruczy Kenny, który w mojej wizji jest już dwumetrowym przystojniakiem z miękkim zarostem i właśnie chlapie się ze mną w tej rzece.

„Spływa na mnie prysznic wewnętrznego spokoju.” Czuję, że coś mi zaczyna chodzić po czole. Odganiam robale, jakieś fruwające mrówki, które od kilku dni okupują moje patio. To nic. Jestem pod prysznicem wewnętrznego spokoju. Nie daję się sprowokować.

Udaje mi się pozostać pod tym prysznicem. Oczywiście Kenneth mruczy mi dalej do ucha. „Oddycham głęboko aby podnieść mój nastrój i moją wibrację.”

Cel: 963 Hz. Nie bardzo wiem, na co wibrujemy, ale poddaję się. Wsłuchuję się indiańskie rytmy towarzyszące głosowi Kennego, który nie ma już miękkiego zarostu, tylko włosy do pasa i przepaskę na biodrach. Zaczynam się miarowo kołysać na foteliku. Jest dobrze. Czuję moc.

Z boku dobiega piskanie Edgara. Słyszę jak kręci się w kółko goniąc swój ogon. W końcu się zatrzymuje, ale dalej jęczy. Otwieram lewe oko, bo tylko to jedno potrafię, i łypię nim na rozwalone pod fotelem cielę. Nie powinnam była otwierać tego oka. Edkowi wyszła szminka. Cała. Calutka. Ogromna.

Szybko zamykam oczy i uszy na Edkowe perwersje i wracam do Kennetha. „Otwieram moje serce dla uniwersalnej miłości. Wszyscy jesteśmy rodziną.” OK, nawet zboczeniec musi mieć rodzinę. Lukam na Edgara jeszcze raz. Bardzo zła decyzja, bo zdążył się obrócić frontem do mnie.

Najwyraźniej dzieciaki się pobudziły, bo walą w okna za moim fotelikiem przesyłając mocne wibracje miłości. Pozdrawiam ozięble i powracam do mojej medytacji.

Zkicham się, a wejdę na te wibracje prawdy i szczęścia!

„Jestem boską inteligencją. Jestem miłością. Jestem harmonią.” Ustawiam dźwięk głośno na ile się da i kołyszę się w takt bębnów, niczym dziecko z chorobą sierocą.

W tym momencie latające mrówki powracają i zaczynam machać rączkami aby je odgonić, ale że boję się otworzyć oczy, żeby nie widzieć co Edgar liże, nie mam wyczucia jak daleko macham i strącam ze stołu szklankę z magiczną wodą.

Niezrażony smrodkiem octu jabłkowego Kenneth zbliża się do końca medytacji. „Czegokolwiek doświadczam w życiu – płynę z tym. Moje życie jest dzięki temu łatwiejsze, ciekawsze i bardziej fascynujące.”

Po całych 22 minutach porannej medytacji wstaję z fotelika mokra i waniająca octem, zmęczona, pogryziona przez skrzydlate mrówki i straumatyzowana przez własnego psa. Ale pamiętając co Kenny mi powiedział, spróbuję jutro ponownie. Tym razem w garażu.

„Jestem większa od wszystkiego czego doświadczam w moim życiu. Jestem częścią czegoś większego niż ja sama.”

 

 

 

 

 

Reklamy

Jedna myśl w temacie “om

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s