Andzia i Gandzia

Zupełnie nieopatrznie i niespodziewanie wpadło mi w ręce trochę pewnego zioła. Ziele owo, przez niektórych wychwalane pod niebiosa, przez innych strącone do piekieł, nigdy nie robiło na mnie większego wrażenia. Do pamiętnego Sylwestra 2009, kiedy to zrobiło wrażenie tak wielkie, że styczeń 2010 do dziś pozostaje wyryty w pamięci niektórych osób.

W tamtym czasie byłam strasznie zmęczona emocjonalnie i zaczęło do mnie powoli dochodzić, że życie to coś więcej niż praca i dom, i że gdzieś pomiędzy jednym a drugim zgubiłam siebie.

Taki typowy pierwszy kryzys wieku średnio średniego. Najwyraźniej przy tym pierwszym musiałam się zjarać, żeby mi się mechanizmy moich związków ujawniły. Przy drugim, rozchorować, żeby pojąć, że najważniejszy związek właśnie umarł śmiercią naturalną. A przy trzecim, wyzdrowieć, wreszcie posprzątać cały bałagan i zakopać rozkładające się zwłoki.

Ale, po kolei, jesteśmy przy Kryzysie Numer Jeden. Jest Sylwester, mój Jeszcze-Wtedy- Mąż, jak przystało na człowieka hołdującego tylko własnym tradycjom, poszedł spać o godzinie dwudziestej drugiej z minutami, nie przejmując się zupełnie jakimś tam pospolitym “Do siego roku!”, pozostawiając mnie samą z moją, ledwo co dwudziestoletnią, Pasierbicą.

Pasierbica i ja, zazwyczaj nie miałyśmy problemów z dogadaniem się, dzięki czemu  udało nam się przeżyć jej nastoletnie lata w, mniej więcej, większej zgodzie. Wspólne wypalenie skręta przy okazji Sylwestra, w zamierzeniu miało być, przyjemną konsekwencją naszej relacji. Jak się okazało, konsekwencją było.

Mniej więcej po piętnastu minutach od ostatniego zaciągnięcia, kiedy spokojnie i nikomu nie wadząc, z jakiegoś abstrakcyjnie niezrozumiałego powodu, poczułam chęć wyjęcia czystych naczyń ze zmawarki, weszłam w lekki stan nieważkości.

Talerze i szklanki podróżowły do szafek w mocno zwolnionym tempie, czemu przyglądałam się z pewnym zdziwieniem, rozbawieniem, podszytymi nutą wkurzenia, że absolutnie nie mogę poradzić sobie z tym stanem nieciężkości.

Pomimo odczuwalnej lekkości bytu okrutnie się zmęczyłam i postanowiłam sobie posiedzieć. Z głośników pięknie tenorzył Andrea Boccielli, a moja głowa zaczęła się niekontrolowanie kiwać, jak u figurki zamszowego buldoga na podszybiu kabiny ciężarówki.

Niezbyt długo musiałam czekać, aby moje ciało dogoniło mój mózg, i poczuć również jego niezgodę na krążące we krwi substancje obce.

Streszczę moją mękę i oszczędzę szczegółów, oznajmiając krótko, iż resztę wieczoru przeleżałam w pozycji bocznej ustalonej (popularnie zwanej bezpieczną) na krawędzi kanapy, z miską na podłodze, w razie potrzeby. Potrzeby owszem były. Wielokrotne.

Pasierbica, pomiędzy niekontrolowanymi wybuchami śmiechu sprowokowanymi moim mało dorosłym zachowaniem, poczuciem winy, że przyczyniła się dobitnie do mojego prawdopodobnego zgonu, a własnym odlotem, pięknie spisała się próbując nieść pomoc i ulgę w cierpieniu.

Rozpaczliwie próbując nie zwariować, skoncentrowałam swój wzrok na rogu obrazu Alphonsa Muchy “F. Champenois Imprimeur Editeur”, wiszącego na ścianie, na którą miałam bezpośredni widok z kanapy i jak mantrę powtarzałam: “Nic nigdy nie będzie miało nade mną już takiej kontroli.”, “Nic nigdy nie będzie miało nade mną już takiej kontroli.”.

W następnym roku udało mi się dojść do siebie. W wyniku tych traumatycznych przeżyć do dziś nie mogę słuchać Andrei Boccielli. Na szczęście Mucha dalej mi się podoba.

Podążając za przesłaniem mojej wyjaranej mantry, w ciągu kilku następnych dni wykonałam dwa manewry w celu uwolnienia się od kontrolerów.

Po pierwsze, spektakularnie opuściłam swoje miejsce pracy, po tym jak mój wspólnik nakazał z powrotem przestawić słoiki z dżemami, które ja kazałam wcześniej postawić gdzie indziej. Co jak co, ale w słoikach to nikt mi nie będzie mieszał! Obróciłam się na pięcie, złapałam torebkę i pewnie jeszcze bym ostentacyjnie trzasnęła drzwiami, ale się nie dało. Trudno w sklepach trzasnąć drzwiami. Myślę, że to jakieś odgórne regulacje, strzegące właścicieli przed klientami, którzy zbytnio ulegają swoim podrażnionym emocjom. Ale to tak na marginesie. 

Drugą rzeczą, którą niemal natychmiast się zajęłam, było zakończenie wieloletniej znajomości z patologicznie toksyczną koleżanką Narcyzą. Narcyza, jak się poźniej okazało miała swoje personalne substancje powodujące, obok podłego charakteru,  jej toksyczność i narcystyczność. Ale to tak na drugim marginesie.

Wracamy do roku 2016, gdzie z szuflady biurka, przez kilka dni, tak mi strasznie tą nieoczekiwaną gandzią pachniało, że napisanie conajmniej dwóch rozdziałów oraz przeprowadzenie kilku interesujących rozmów, niewątpliwie zawdzięczam  influencji jej oparów.

W końcu, doszłam do wniosku, że jest to zioła zew, nie można się mu dłużej opierać i coś  z tym trzeba zrobić. Najlepiej skręcić. Bo może Wszechświat próbuje mi powiedzieć, że tym razem będzie inaczej. Lepiej. Ładniej. Kolorowiej. A przede wszystkim weselej.

Udałam się więc do sklepu monopolowego w celu zakupienia wina marki Luna Di Luna, które w zamierzeniu miało ładnie skomplementować czyn, który zamierzałam popełnić oraz cygaretek o smaku mango, gdyż Spokrewniony Jaracz twierdzi, że z nich najlepiej się kręci. Nie mieli mango. Wzięłam wanilię. 

Potem pojechałam jeszcze po koleżankę, Matkę Dzieciom, bo zawsze lepiej jest się do kogoś pośmiać. Jak się okazało, najbardziej to się pośmiała ona. Ale ze mnie a nie do mnie.

Wcale nie było inaczej. Lepiej. Ładniej. Kolorowiej. A przede wszystkim, nie było weselej.

Właściwie było tak samo, tylko powierzchnia płaska, na której przybrałam pozycję boczną ustaloną, była twardsza od kanapy. No i zmywarkę mam od dłuższego czasu popsutą, a ponieważ nie mogę znaleźć chętnego, który by mi ją naprawił, więc obyło się, tym razem, bez niedających się sensownie wytłumaczyć czynności gospodarczych.

Niestety, nie miałam żadnego obrazka Muchy powieszonego pod szafką umywalki i strasznie ciężko mi było wyhamować to co się działo pod moim deklem.

Leżąc na łazienkowym chodniczku, próbując skupić wzrok na lekko zardzewiałym szlaczku najwyraźniej kapięcej z pod zlewu wody, przypomniało mi się, że koleżanka z dzieciństwa miała jamnika o imieniu Dekiel, który nie chciał w ogóle wychodzić na dwór i wolał wszystko załatwiać w domu. Stwierdziłam, że mając takie imię, też bym się wstydziła wyjść z domu.

W międzyczasie Matka Dzieciom zabrała się do siebie, słusznie uważając, że jeszcze nikt ze zdymienia orła nie wywinął i nie należy mi w leżeniu przeszkadzać. Chciałam w tym miejscu jej serdecznie podziękować.

Wszechświat ponownie ze mnie zakpił, a może dał nauczkę. Jakby tego nie nazwał, zrozumiałam przesłanie. Jestem osobą delikatnej konstytucji, muszę na siebie bardzo uważać. Polegiwanie na podłodze łazienki zawdzięczałam już fasolce szparagowej, arbuzowi, maryśce i wielu innym produktom, które normalni ludzie spożywają regularnie. Czas dorosnąć i zacząć dokonywać świadomych wyborów z czym się zadaję

Ogólnie wychodzi, że flora mi nie służy. Najwyraźniej…

A może po prostu chodziło o zwrócenie mi uwagi na cieknący zlew w łazience i ciągle niedziałającą zmywarkę? Ja sobie tu głębokie filozoficzno-dietetyczne przesłania wymyślam, a mam po prostu poszukać hydraulika.

 

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Andzia i Gandzia

  1. Rewelka:-) miałem to samo za pierwszym razem (oczywiście o maryśce mowa), potem już było ” lepiej”, ale..mimo wszystko to „lepiej” na szczęście w porę uświadomiło mi, że na dłuższą metę, to niezbyt bezpieczna „zabawa”.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s