Vive la Pologne!

Nie wiem jak nasi chłopacy sprawdzą się w Euro 2016.  Kiedy to piszę czekamy na mecz z Ukrainą. Prawdopodobnie jak większość, niesiona patriotyzmem, duchem współzawodnictwa, oraz faktem, że mamy same ciacha w drużynie, po cichu liczę, że tym razem, wreszcie, dokopiemy wszystkim i sprawiedliwości stanie się zadość! Vive la Pologne! Amen.

Połowę dzieciństwa spędziłam w domu dziadków na przeciw wejścia na stadion szczecińskiej Pogoni. Kibice z szalikami, bojowe pieśni, petardy i zadymy były wpisane w krajobraz.

Po lecie, kiedy liście opadały z drzew, z okna na strychu można było czasem dojrzeć co się dzieje na murawie albo wdzięcznie zakrztusić się papieroskiem marki Caro wykradzinym mamie, lub Carmenem świśniętym ciotce.

Wujek Jurek, zanim dorobił się własnych dzieci, czasem zabierał mnie na mecze. W wieku pięciu czy sześciu lat, zielonego pojęcia nie miałam o co chodzi, i kto komu ma strzelić, ale imponowało mi, że jestem jedynym wypierdkiem na ławce.

Namiętnie uczyłam się sztuki łuskania słonecznika bez użycia palców i plucia skorupką. Moja jama gębowa była, i nadal niestety jest, mało ekwilibrystyczna, bo sztuki tej nie opanowałam do dziś. Nie umiem zgrabnie rozgryźć ziarenka, wyłowić językiem nasionka, zjeść, a resztę wypluć. Zazwyczaj ugryza mi się w poprzek, a nie wzdłuż, przez co połowa słonecznika jest nie do wyłuskania, to co się uda wyssać to i tak wypluję i kończę z łuską w żółądku. Totalna porażka!

Kiedy nie ścigałam się z wujkiem Wieśkiem w jego brązowym Fiacie 125p po ulicy Mickiewicza krzycząc, ku zgrozie siedzącej obok babci, “Szybciej! Szybciej”, łaziłam z wujkiem Jurkiem do “Słonecznej”, gdzie ciągle trzymając misia na kolanach próbowłam z jego kufla jak smakuje piwo. Tenże wujek przedstawił moim kubkom smakowym, dopiero co zaistniałe w gastronomii, zapiekanki z serem i pieczarkami, ale to, o ile dobrze pamiętam, miało miejsce w zupełnie innej knajpie. Dziś myślę, iż fakt, że wujek był nauczycielem i wychowawcą w domu dziecka, nadaje mojemu dzieciństwu niemal przestępczej pikanterii.

Moje związki z piłką nożną nie kończą się bynajmniej nieudolnym pluciem na trybunach. W tym czasie chodziłam do przedszkola, gdzie na leżakowaniu przeżywałam swoje pierwsze fascynacje anatomią kolegów. Nie mogłam się wtedy zdecydować czy bardziej podoba mi się kolega Maciej czy kolega Radosław, więc “chodziłam” z obydwoma. Gdybym tylko wiedziała, że kolega Radosław Majdan będzie sławnym celebrytą i mniej sławnym bramkarzem, to może bym lepszych wyborów wtedy dokonała i puściła Maćka bokiem. Ale cóż! Pewnie i tak z Dodą szans bym nie miała, bo z biustem i ze śpiewem u mnie strasznie cieńko, a ze sprzątaniem jeszcze gorzej, więc, w tym departamencie również poległam i  pani Rozenek zdobyła znaczącą przewagę. Może nie jestem Idealną Panią Domu, ale byłam pierwszą dziewczyną Majdana i gdzieś to mi powinni zaliczyć!!! Helloł?!

Po krótkim epizocie wspinania się na stadionowe jupitery i odkrycia, że mam przeraźliwy lęk wysokości, straciłam na kilka lat kontakt z piłką nożną. Bardziej zajęta byłam udawaniem niezainteresowania płcią przeciwną, słuchaniem the Cure i Depeche Mode, noszeniem Martnesów i wchodzenia na wyżyny intelektualne poprzez uparte próbowanie przebrnięcia przez, i zrozumienia, “Ulisessa” oraz dr Freuda. Efekt niestety podobny do łuskania słonecznika. Rozum też mam nisko ekwilibrystyczny momentami.

Przy moim pierwszym byłym i następnym po nim narzeczonym, powróciłam do oglądania meczów. Przez Marco Van Bastena, a potem Bergkampa, zainwestowałam emocjonalnie w Holandię na kilka lat i bardzo przeżyłam ich porażkę z Chorwacją o brązowy medal w Mistrzostwach Świata w 1998 roku.

Ale ponieważ spodobał mi się Zinadine Zidane to wygrana Francuzów też była jakimś tam pocieszeniem. Zizou zresztą nadal  przyprawia o niekontrolowane westchnienia, bo jest w nim coś z niebezpiecznego Berbera.

Wtedy w zespole Brazylii biegał ślicznie Ronaldo i dlatego dziś jestem tak skołowana, kiedy kolejny strzela gole dla Portugalii i w dodatku wygląda jak cycuś glancuś jakiś.

Przy drugim byłym zupełnie opadły we mnie emocje sportowe, bo zagonił mnie do garów i dzieci narobił, więc na lata straciłam swoją dziką naturę kibica, a także tę, w szerokim tego słowa zrozumieniu.

Na Euro 2012 coś się jeszcze we mnie przebudziło, bo w końcu byliśmy współgospodarzami, ale szybko zdechło zaraz po tym jak odpadliśmy w eliminacjach.

Na szczęście, nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza moje małżeństwa, i beznadziejność naszej drużyny narodowej, więc przy nowym narzeczonym i po czterech latach przerwy w Mistrzostwach Europy pięknie czuję powrót piłkarskiego modżo, a także takowego, w szerokim tego słowa znaczeniu.

Uważam, że wśród kobiet wzrost zainteresowania naszą drużyną rośnie proporcjonalnie do atrakcyjności jej członków, a w tym składzie to już absolutnie nie mamy na co narzekać. Oko można zawieszać na wszystkich pozycjach poczynając od bramki na przedpolu kończąc. Zastanawiam się nawet, czy nasi chłopcy mają drużynowego fryzjera, bo po 90 minutach biegania ślicznie im się te grzyweczki trzymają, a jest to coś czego ja nigdy nie mogę osiągnąć z moimi włosami. A przecież poświęcam bardzo dużo swojej energii na to, aby tak jak oni się nie męczyć. Nad tematem fryzur trzeba by się bardziej zagłębić. Może oni mają specjalną linię produktów, do której świat kobiet nie został jeszcze dopuszczony i koniecznie trzeba to zmienić!?

Jasne jest, że kiedy gra nasza drużyna to wszystkim podnosi się patriotyzm. I to jest piękne. Przestajemy na siebie jako nację narzekać, mniej marudzimy, przynajmniej chwilowo, bo genów przecież nie zmienisz. No chyba, że panowie tyłka na boisku dają, wtedy sypiemy patałachami i takimi tam, ale póki piłka w grze to mamy nadzieję na słusznie należną nam, aczkolwiek nierozpoznaną przez innych, wielkość. Śpiewamy mazurka ze łzami w oczach, a my na obczyźnie to już szczególnie wariujemy, z dumy pękamy i nosimy barwy narodowe na sobie, na swoich dzieciach i na swoich samochodach.

Sport nas niesamowicie łączy, szczególnie towarzysko. Gotowi jesteśmy wziąć wolne z pracy, aby mecz ze znajomymi obejrzeć, i w sumie czemu nie? Raz się żyje, a praca i tak jest przereklamowana.

Jedno jest pewne, bez względu na to jak daleko zajdziemy w tych mistrzostwach, pozostaniemy jednością. Będziemy jednym głosem wyć ze szczęścia, zalewając Facebook patriotyczno-narodowościowymi tekstami o genialności Polaków, albo, nie daj cię pani boże, wylejemy rzekę łez i skonstruujemy niejedną teorię spiskową wyjaśniającą dlaczego przegraliśmy. Osobiście obstawiam teorie geopolityczne i nasze niewygodnie wzrastające znaczenie na arenie międzynarodowej oraz wynikającą z tego chęć niewdzięcznych imperilistów do pokazania nam gdzie nasze miejsce.

Jak by nie było – Vive la Pologne! Wygraliśmy z Ukrainą! Jeszcze Polska nie zginąła!

 

viva-la-pologne2

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s