Ubi sunt

„Ten się nazywa ojcem, kto wychował, a nie kto zrodził.”
– Talmud

 

Dzisiaj dowiedziałam się, że mój ojciec nie żyje.  Od 15 lat.

Nie powinno to być dla mnie niespodzianką. Nie jest. Czułam to, Bóg jeden wie dlaczego, już od bardzo długiego czasu. Dlatego tak bardzo zaskoczyła mnie moja reakcja. Łzy, smutek, poczucie straty. Nie za nim jako osobą, ale za kawałkiem mojej tożsamości, źródłem informacji. Skąd przyszłam, gdzie są moje korzenie, jaka jest historia tej części mojej rodziny?

Wierzę, że jesteśmy połączeni ze swoimi rodzicami jakąś niewidzialną nicią, bez względu na to jak daleko nasze życia odejdą od siebie i pewnie dlatego wiedziałam, że już go nie ma.  

Nasze życia nigdy chyba tak do końca nie połączyły się. Chciałam napisać, że “nie miały szansy”, ale miały. Pewnie niejedną. Tylko, nie każdy może być ojcem. I piszę to bez oceniania mojego. Nie mam do niego żalu. O nic. O co mogłabym mieć już dawno mu wybaczyłam.

W pierwszej klasie zadałam pytanie czemu mam inne nazwisko niż mama i tata? Wszystkie dzieci nazywają się tak samo jak ich rodzice.

Mama posadziła mnie na swoim kolanie i wytłumaczyła, że mój tata nie jest moim tatą.

Pamiętam tą scenę dokładnie. W którym miejscu stał fotel, rudo-pomarańczowy z poduszkami w dużą kratę, że było popołudnie bo światło w pokoju było przytłumione. Pamiętam też, że ta informacja nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Ważny był Tata, którego miałam teraz.

Widziałam go raz. Ja jego, on mnie nie. Byłam w szóstej klasie i prawdopodobnie zaczęła mnie uwierać ciekawość.

Było wczesne lato, dzień targowy, miałam na sobie błękitną spódniczkę krojoną w klosz i białą bluzkę. Też wyraźnie pamiętam ten dzień, więc musiało mieć to dla mnie jakieś znaczenie.

Mama zaprowadziła mnie na rynek, który, kiedy myślę o tym dzisiaj, był wystarczająco blisko naszego mieszkania, i dawał masę możliwości, żeby on mógłby się ze mną spotkać. Gdyby chciał…

Na tym rynku  handlował częściami hydraulicznymi, co było pewnie wystarczającym źródłem dochodu, aby sfinansować jego potrzeby alkoholowe.

Nigdy więcej już go nie widziałam.

Kiedy miałam 15 lat, dzięki rewelacyjnemu stanowi polskiej służby zdrowia, mamę przez kilka miesięcy diagnozowano ze wszystkimi możliwymi chorobami kończącymi się zgonem. Ponieważ prawdopodobnie planowała zejść z tego świata nie zostawiając po sobie bałaganu, złożyła wniosek do sądu po pozbawienie mojego ojca ojcostwa, żebym jako dorosła nie musiała płacić alimentów na ojca, który nigdy ich nie płacił na mnie.

Podobno się oburzył i odgrażał, że będzie walczyć o mnie. Nigdy nie stawił się w sądzie.

I w ten sposób od niemal  trzydziestu lat nikt nie jest moim ojcem. Legalnie nie przynależę do nikogo.

Uuuuu! Aż się prosi o ustawienie systemowe!  

Zadzwonił do mojej mamy w święta wielkanocne ale to ja odebrałam telefon. Miałam 27 lat, trochę już sobie świat poukładałam.

Pytał czy wyszłam za mąż, czy mam dzieci. Ja do niego nie miałam pytań. Był w Niemczech. Chciał się spotkać po powrocie. Powiedziałam, że się zastanowię.

Zastanowiłam się. Że nie chcę. Nie potrzebuję. Ja Tatę już mam. Najlepszego.

Nie żałuję, że się z nim nie spotkałam. Tak naprawdę nigdy tego nie planowałam.  Nie szukałam w nim ojca, bo ojca nigdy mi nie brakowało. Miałam, i mam, najwspanialszego Tatę na świecie.

Jedyne czego mi brak to informacji. Może zrobiłam błąd nie zadając pytań, na które dziś brakuje mi odpowiedzi. Może powinnam wiedzieć kim i skąd jestem, bo żeby rozwinąć skrzydła trzeba mieć mocne korzenie. A j a całe życie rosnę tylko z jednej strony.

A może, moja decyzja z przed lat, aby nie otwierać drzwi komuś, kto nic dobrego do mojego życia wnieść nie może, była słuszną? Może kształtować się powinnam sama, czerpiąc ze swoich doświadczeń i tylko z tymi informacjami, które mam? Nie drążyć, odpuścić, robić tak jak czuję a nie jak powinnam?

Reakcją paru osób, z którymi podzieliłam się dzisiejszą wiadomością, było zdziwienie, że zasmuciło mnie coś co wydarzyło się tak naprawdę dość dawno temu, komuś „nieistotnemu” dla mojego życia i zbycie tematu.

Śmierć jest tematem niewygodnym. Śmierć z przed piętnastu lat niejako zwalnia z obowiązku kondolencji i pocieszania.

Nie straciłam nikogo bliskiego, ale mimo wszystko kogoś ważnego dla mojej tożsamości. Kogoś, kto przyczynił się do wielu łez, smutku, czyjegoś nieszczęścia, ale również kogoś, kto dał szczęście, radość, powołał mnie do życia, stworzył coś cudownego i wyjątkowego – mnie. To, że od ponad dekady leży w grobie, nie zmienia faktu, że dla mnie umarł dzisiaj.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s