Agnieszka ciągle tu mieszka

Kto nie zna choć jednej Agnieszki niech rzuci kamieniem! 😉

Mam niewiele przyjaciółek, którym oddałybym w razie potrzeby nerkę, ale tak się składa, że połowa z nich to Agnieszki.

Oprócz tych kwalifikujących się do przeszczepu, przez moje życie przewinęło się jeszcze kilka Agnieszek, które zostawiły po sobie ciepłe, zwariowane i zazwyczaj pełne śmiechu wspomnienia.

Podejrzewam, że bardziej niż moda lat siedemdziesiątych, za ilością Agnieszek stała niebiańska interwencja dopasowująca rodzicielski “wybór” imienia córek do ich wrodzonego temperamentu. Bo, będę tu brutalnie szczera kiedy stwierdzę, ale z sercem pełnym miłości,  nie są to do końca normalne charaktery.

Moją pierwszą Agnieszkę poznałam krótko po tym jak wyszłam z piaskownicy i dorosłam do wiszenia na podwórkowym trzepaku.

Każde przyzwoite dziecko PRL-u wie co się na podwórkach, poza graniem w gumę i chowanego, robiło, więc nie będę się rozpisywać o podpalaniu puszek z pastą do butów pod drzwiami nielubianych sąsiadów, notoryczne dzwonienie do drzwi i uciekanie, czy testowanie szybkości pana spod siódemki i sprawdzanie ile czasu potrzeba mu na zbiegnięcie z trzeciego piętra w celu  wyłączenia alarmu w swoim Fiacie 125p.

Nie byłyśmy od początku przyjaciółkami, powiedziałabym, że nawet ciutkę nie pałałyśmy do siebie sympatią.

Połączyła nas w pierwszej klasie wspólna bura za męczenie kolegi Darka Ceglarka.  Darek Ceglarek już za sam fakt jak ładnie mu się imię z nazwiskiem rymowało, po prostu się prosił żeby mu coś zbroić, a to, że wiecznie mu gile z nosa wisiały, i że był najwyższym i najmniej ogarniętym dzieciakiem w klasie, zupełnie mu nie pomagało.

Chciałabym tu w imieniu swoim i koleżanki Agnieszki, która absolutnie nie pamięta swoich wczesnych przewinień i prawdopodobnie specjalnie je wyparła w mrocza podświadomości, mocno przeprosić kolegę Darka Ceglarka. Jest mi bardzo przykro, że byłyśmy takimi niedobrymi koleżankami, i mam nadzieję, że nieprzyjemności ze strony małej Anki Cyganki i jeszcze mniejszej Agnieszki, której do dnia dzisiejszego nie udało się znacząco przekroczyć 150 centymetrów wysokości, nie wpłynęły zbyt negatywnie na jego późniejsze relacje z kobietami.  

Nasza przyjaźń rozkwitła w szóstej klasie, kiedy połączyła nas miłość do grania w karty oraz gadania do białego rana.

Potem było latanie po dyskotekach, oraz testowanie działania trunków procentowych. No i przede wszystkim wyjazdy nad jezioro Wirów, gdzie doskonałyśmy grę w Makao i ping ponga przy użyciu metalowych szufelek.

To tam przeprowadziłyśmy eksperyment polegający na osiągnięciu upojenia wódką bez konieczności picia jej z kieliszka, czego jako bardzo grzeczne dziewczęta, zupełnie nie mogłyśmy ani zrobić, ani sobie wyobrazić.

Bardzo uczynny kolega, który lata później został i do dziś pozostał, mężem Agnieszki, zaproponował, abyśmy wódeczkę wylały na spodeczek, postawiły go na podłodze przy włączonym na maxa grzejniczku-olejaczku, po czym w pozycji na kolankach wylizały jego zawartość. Kombinacja ciepła z grzejniczka, pozycja z głową w dół oraz wielkość powierzchni języka wchodzącego w kontakt z alkoholem, w założeniu, miały przynieść bardzo szybkie efekty przy użyciu minimalnej ilości alkoholu.

Muszę stwierdzić, że eksperyment się udał. Zaledwie piędziesiątka wychłeptanej wódki doprowadziła nas do porządanego stanu upojenia,  a droga przez las do ośrodkowych toalet zalega ciągle w mojej pamięci. Żonglowanie rolką papieru toaletowego i turlanie się w sosnowym igliwiu nigdy nie było takie zabawne. Więcej nie pamiętam.

Za to pamiętam sprawdzanie naszej tolerancji do piwa. Na szczęście, to przeprowadzałyśmy w bardzo tradycyjny sposób. Ale tu też nie obyło się bez nerwów i latania w panice co zrobić, kogo wezwać, komu prawdę powiedzieć,  kiedy Agnieszka wisząc nad toaletą stwierdziła ze zgrozą, że najwyraźniej przedawkowała i że żołdek jej pękł, gdyż jeśli nie jego perforacja to skąd ta krew???

Ano z barszczu, który sobie wypiłyśmy, gdzieś pomiędzy kilkakrotnym dreptaniem do jedynego sklepu nocnego w centrum Szczecina a wypitymi puszkami Bosmana w nim zakupionymi…

Do dziś opowiadamy tą historię swoim dzieciom jako przestrogę: nie pij barszczu na melanżu!

Żeby nie było, że wszystkie nasze przygody spowijały opary alkoholu, muszę wrzucić coś trzeźwego.

Na początku lat dziewięćdziesiątych jednym z ciekawszych widoków na skrzyżowniu ulic Staszica i Ofiar Oświęcimia w Szczecinie, była mała kobitka ubrana w dresy, z pięknie nakręconymi w loki francuskie rudymi włosami i … ślubnym welonie na głowie, pchająca samochód marki Passat kombi z modnie podniesioną “dupą”,  w kolorze bordo.

Zaledwie na kilka godzin przed ślubem z kolegą od wódeczkowego spodeczka, w drodze powrotnej od fryzjera, stanęło nam auto na środku owego skrzyżownia. Wspomnę tylko, że deszczyk ddżył.

Nie był to pierwszy raz kiedy Aguś musiała pchać moje auto. Jeden samochód wcześniej, musiałyśmy się ewakuować przed nadjeżdżającym na nas z tyłu tramwajem. Na szczęście wtedy był to maluch i wystarczyło otworzyć drzwi, wystawić nogę i odpychać się od ziemi jakby hulajnogą jeździł.

Dość dużo czasu z naszej młodości zeszło nam na przepychaniu moich gruchotów z różynch skrzyżowań…

Drugą Agnieszkę poznałam w Liceum Medycznym, do którego trafiłam podczas kiedy mój Anioł Stróż przebywał na urlopie lub, co bardziej prawdopodobne, w więzieniu.

Już na jednej z pierwszych lekcji wychowawczych Agnieszka przyrzekała naszej wychowawczyni, że przestanie wagarować i zacznie się uczyć.

Trzy lata później trzymała się wielkich drzwi wejściowych szkoły, przez które wieki wcześniej pewnie nie jeden raz przechodziła przyszła Caryca Katarzyna, i zapierając się nogami ile siły, nie uległa mojej, i dwu innych koleżanek, sile ciągu i perswazji, żeby pójść z nami na wagary.

Ten rok ukończyła, ku naszej zgrozie, z czerwonym paskiem i stuprocentową frekwencją. Na szczęście, w następnym roku nie udało jej się tego powtórzyć, gdyż musiała w kwietniu opuścić na dłużej szkołę w celu powicia potomka. Tym razem ku zgrozie biednej wychowawczyni, która, do samego końca, nie połapała się, że wzorowa uczennica jest zaciążona.

Kilkanaście lat później Agnieszka przeprowadziła jeszcze dwie ciąże ukryte, tym razem nie tylko przed własną mamą, ale i przełożoną w przychodni, w której pracowała.

Jako kobieta całkowicie dorosła miała pełne prawo chodzić jawnie w obu, w końcu mamy XXI wiek, ale najwyraźniej czym skorupaka za młodu nasiąknie…

Po latach nasza wychowawczyni i wspomniana przełożona miały ciekawą rozmowę dotyczącą, która więcej razy została wyrolowana przez Agę. Myślę, że tak naprawdę wygrała jednak Agi mama.

Wszystkie moje opowieści o tej Agnieszce zaczynam w ten sam sposób, inwokacją mającą na celu przygotować słuchacza do tej właściwej historii, którą chcę właśnie opowiedzieć:

Agnieszka jako dziewczynka straciła (prawdopodobnie) dziewictwo na sankach, wjeżdżając nimi centralnie w drzewo, w piaskownicy weszło jej szkło w okolice, o których nie chcę pisać, bo naprawdę nie byłam materiałem na pielęgniarkę, na lodogryfie upadła wbijając sobie łyżwę w tyłek, ale tu jest usprawiedliwiona, bo o bandę stało opartch dwóch przystojnych mundurowych, dorobiła się irokeza próbując sprawdzić jakie ciasto ciocia właśnie kręciła mikserem, straciła brwi i rzęsy odpalając fajkę od Junkersa w łazience, gdzie kilka lat później urwała zlew wciskając potem mamie, że pranie nad wanną wieszała, a tak naprawdę robiła z przyszłym mężem pierwszego wnuka, o którym mama jeszcze baaardzo długo miała się nie dowiedzieć.

Życie nigdy nie jest nudne przy boku tej kobiety, aczkolwiek w wielu sytacjach, najpierw dopada człowieka kurwica a śmiać się można zacząć dopiero po upływie jakiegoś czasu.

Mieszkamy po przeciwnych stronach oceanu, widujemy się raz na kilka lat, a mimo to przy każdym spotkaniu mam wrażenie, że nie widziałyśmy się zaledwie kilka minut.

Mam nadzieję, że żadna z nich nie będzie nigdy potrzebowała nerki, a tym bardziej, że obie na raz, bo jak ja bez nich miałabym niby żyć? I wcale nie mam swoich nerek na myśli!

„AGNIESZKA  Na ogół to niespokojna dusza, mały narwaniec emocjonalny o szybkich reakcjach. Jest ruchliwa, nie może usiedzieć w miejscu. Wydaje jej się, że ma coś do przekazania światu. Stąd podobieństwo do gołębia pocztowego.

Jest obywatelką swojego wewnętrznego świata. Wszystko bardzo przeżywa. Nie jest łatwa w pożyciu! Przechodzi szybko od szalonego podniecenia do głębokiej depresji. Bez przerwy trzeba się nią zajmować, inaczej to ona się kimś zajmie… a to dużo gorsze! Właściwie jest introwertyczką, zapatrzoną w swój wewnętrzny światek. Sprawia wrażenie bardzo pewnej siebie, ale często są to pozory.

Trzeba dużego wysiłku, by ją uspokoić, gdy się zdenerwuje. I niepodważalnych argumentów, bo byle co do niej nie przemawia. Reaguje przesadnie, pod wpływem nagłych impulsów. Może być „oszałamiająco aktywna”, ale może też blefować, dla zamaskowania pragnienia ucieczki. Powinno się ją kontrolować, ale tak, by nie odniosła wrażenia, że się ją szpieguje.

Natura obdarzyła ją zadziwiającą intuicją, niepokojącą ruchliwością i znaczną siłą uwodzicielską. Jest nieuchwytna jak iluzja… Bywa nieco przesądna. Mimo, że ma umysł syntetyczny, to w życiu kieruje się najczęściej intuicją. Pod wpływem emocji lub depresji ulega słabostkom, czego później żałuje. Wszystko ogarnia, wszystko rozumie, ale często potyka się o jakiś drobiazg, którego nie lubi i który odrzuca.

Ma średnio dobrą pamięć, ale jest zachłannie ciekawa. Od młodości trzeba wpajać jej dyscyplinę. Stałe układy nudzą ją dość szybko. Pragnie stabilizacji, a jednocześnie sama ją burzy. Bardzo nierówna – jednego dnia wielka miłość, drugiego ogromna rozpacz. Chętnie gra na uczuciach, aby manipulować otoczeniem. Lubi otaczać się przyjaciółmi, ale często ich zmienia. Jednych zastępuje innymi, by znów powrócić do niedawno porzuconych. Porażki doprowadzają ją do rozpaczy, ale wkrótce się z nich otrząsa. Sama bywa nieostrożna na co dzień, za to innych będzie do znudzenia przestrzegać i chronić. Posiada zmysł moralny, ale nieraz głoszone zasady nie znajdują potwierdzenia w działaniu. Pewien oportunizm moralny doprowadza ją czasem do burzliwych przygód, ku zmartwieniu rodziców i mężów! Zbyt wielka rozbieżność między jej życiem na pełnych obrotach, a inercją otoczenia zdaje się być nie do przyjęcia.

Marzy o domu pełnym przyjaciół, pod warunkiem, że co pół roku zmieni dom i co tydzień przyjaciół! Lubi wykonywać te zawody, w których coś się dzieje, zmieniają się osoby i metody pracy. Będzie wiodła ożywioną egzystencję i nieraz burzliwe życie rodzinne, ale trudno się nudzić w jej towarzystwie, gdyż jest pełna wdzięku… W końcu znajduje drugą połowę swojego jabłka. Tworzy z nim dom pełen ciepła, nie nudny, niekonwencjonalny i niepowtarzalny, bo gdy znajduje wreszcie przystań przystającą do jej burzliwej natury jak falochron, czuje się jak w niebie i zostaje na zawsze. Bo kto chciałby opuszczać niebo?”

źródło: http://www.onet.magia.pl

Reklamy

3 myśli w temacie “Agnieszka ciągle tu mieszka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s