Trąbki

Byłam u wróżki. Nie, nie ostatnio! Osiemnaście lat temu. Teraz ciągle się boję, bo tamta mi nieźle nawróżyła i do dziś ponoszę konsekwencje, więc myślę, że chyba jeszcze  traumę mam.

Moja wróżka miała na imię, po prostu, Elżbieta, bo były to jeszcze czasy, kiedy w tym fachu używało się swoich prawdziwych imion, a nie pseudonimów artystycznych. Obecnie nie wypada kart rozłożyć, ani zahulać wahadełkiem nie nazywając się Taida, Aurora czy Vadim, z akcentem na pierwszą sylabę oczywiście.

Numer do pani Eli zdobyłam od koleżanki, która miała koleżankę, której kuzynki ciotki siostra chodziła do niej na karty. To się nazywa networking!

Umówienie się na wizytę nie było wcale łatwiejsze od zdobycia numeru, bo pani Ela na tygodnie do przodu pełen grafik miała. Ale, że pisane mi było się z nią zobaczyć przed wakacjami, udało mi się wskoczyć na termin właśnie przez kogoś odwołany.

Żeby nie było, że już się zrobiło fajnie, do pani Eli trzeba było jeszcze dojechać, a mieszkała po drugiej stronie rzeki, na obrzeżach miasta. Ja mieszkałam poza obrzeżami przeciwległej strony miasta. To było jak wyprawa za granicę, tym bardziej, że z jakiegoś powodu nie miałam samochodu i musiałam zaliczyć dwa tramwaje i ze trzy autobusy.

Nie wiem jak kiedyś ludzie funkcjonowali bez nawigacji, ale udało mi się znaleźć ulicę, na której wróżka mieszkała, trafić do bloku, a wiadomo, że numeracja klatek na wielkich osiedlach rządzi się barejowską logiką, i na czas zapukać do jej drzwi.

Pamiętam, że byłam kłębkiem nerwów, ale nie z obawy przed spotkaniem, tylko z powodu jazdy windą na dziewiąte piętro. Schizy w windach dostaję, ale nie na tyle, żeby schodami łazić. Co to to nie!

Otworzył mi miły, malutki pan, jak się okazało mąż wróżki i kazał usiąść na krześle w korytarzu, a sam schował się w pokoiku obok. Trochę sobie posiedziałam, a po jakimś czasie pani Ela wyłoniła się z największego pokoju (wiem, bo moja ciocia mieszka na takim samym osiedlu, w takim samym bloku i mieszkaniu z takim samym rozkładem, 26 tramwajowo-autobusowych przystanków dalej) i poprosiła mnie do środka.

Byłam rozczarowana. Wróżka nie była eteryczna, odziana w zwiewne szaty, niczym apoteoza bohemy i wolnego ducha, nie było szklanej kuli, ani czarnego kota. Nawet świeczek i kadzidełek! Masakra.

Była meblościanka w kolorze ciemnej wiśni wypełniona kryształami, wersalka obita bordową tapicerką, firanki z frędzlam, dywan à la turecki i i jelenie na rykowisku. Standarcik. Normalka.

Pani Ela była postury postawnej, i jest to bardzo politycznie poprawne określenie, z krótko obciętymi, podtapirownymi z tyłu włosami w kolorze bordo, ubrana w kolorystycznie komponującą się spódnicę i bluzkę. Do tego rajstopki i kapcie. Standarcik. Normalka.

I jak takiej osobie uwierzyć, że jest wróżką???

Ale, że kobyłka u płotu to siadam na takim samym fotelu jak u dwóch moich ciotek, na przeciwko pani Eli. Dzieli nas tylko ława. Wiecie, taka co ma podwójny blat w razie większej imprezy. Postanowiłam, że nic babie nie powiem, jak z niej taka wróżka, to niech sobie sama zgadnie.

Nie pamiętam już przebiegu całej wizyty, bo pamięć mam fatalną, ale pamiętam, że kobieta zrobiła na mnie wrażenie. Lekcja pt. “Nie oceniaj książki po okładce”  została zaliczona.

Pani Ela jasno mi powiedziała, że poznam starszego mężczyznę, upartego, z którym siłą nic nie przeforsuję i będę musiała używać “kobiecych” sposobów, żeby nie zwariować. Była też podróż za wielką wodę i ciąża.

Dwa tygodnie później poznałam starszego mężczyznę, za którym poleciałam do Ameryki, i z którym zaszłam w ciążę zaraz po wylądowaniu. Mniej więcej po siedemnastu latach wyczerpał mi się repertuar kobiecych sposobów i musiałam uciekać, żeby nie zwariować.

Jakoś na wczesną wiosnę, gadając z koleżanką o dupie Maryni i huzarach, zeszło nam na wróżki. Okazało się, że koleżanka jedną ma. Pani Jadzia, co prawda w innym stanie, ale telefonicznie karty stawia. Koleżanka twierdzi, że dobrze stawia, sprawdziło się niejedno.

Z pewną taką nieśmiałością zadzwoniłam do pani Jadzi. Pani Ela mi nawróżyła i proszę jak to się skończyło! Gdyby nie wizja wielkiej wody i podróży to może bym nawet okiem nie rzuciła w kierunku mojego byłego. Jak mi teraz ta jakieś cuda wianki w kartach zobaczy, i powie, że na przykład wrócę do byłego, to skąd ja będę wiedziała do którego? A jak się pomylę i zejdę się nie z tym, który był mi pisany? To czy to znaczy, że jednak nie był mi pisany i na dwoje babka wróżyła? Tego mogą być kolosalne konsekwencje. Z takimi sprawami to trzeba bardzo ostrożnie!

Pani Jadzia była niesamowicie sympatyczna, ale ja tradycyjnie fason trzymam i pary z gęby nie puszczam, niech się sama gimnastykuje i se z kart czyta a nie mnie pyta. Powinna wszystko widzieć, no nie?

A widziała, widziała. Nic jej nie powiedziałam, a i tak wypatrzyła, więc nie zostaje mi nic innego jak uwierzyć w jej przepowiednie i zakładać biznes, który podobno poprowadzi mnie do jeszcze większego. Niestety pani Jadzia nie miała odpowiedzi na pytanie jaki to ma być biznes, a ja też pomysłu nie mam. Powiedziała mi tylko, że z tym biznesem, to tak bardziej na południe się kierować. Myślę sobie, że może jednak jest nadzieja, że ktoś mi będzie za leżenie na plaży płacił. Ale póki co, nie kupuję jeszcze biletu na Florydę i spokojnie czekam na odgórne objawienie.

Pani Jadzia stanowczo stwierdziła, że mój obecny mężczyzna, to nie jest ten, mogę sobie z nim posiedzieć (albo poleżeć, zależy od potrzeby), ale nic z tego siedzenia nie będzie. Tu, jak się wkrótce okazało, też się nie pomyliła.

Więc teraz siedzę sobie solo i czekam na ciemnego blondyna z niebieskimi oczami, może niby być mundurowy, który podobno jest mi pisany. Żeby się tylko nie okazało, że to będzie strażnik w więzieniu gdzieś w Kolumbii, do którego trafię próbując kręcić biznesy bardziej na południu. Pani Jadzia powinna być bardziej szczegółowa, bo jak ja mam sama sobie z moją przyszłością poradzić, to może być kolorowo. Trzymam się nadziei, że nie ma chyba zbyt wielu blondynów z niebieskimi oczami w Ameryce Południowej? Poza tym randkowałam już z Kolumbijczykiem i ani dreszczyku emocji, niebezpieczeństwa ani narkotyków nie było. Mówił, że jest księgowym, miałam nadzieję, że dla mafii i że przez chwilę pożyję na krawędzi, ale okazało się, że facet był małego kalibru. Mniej więcej w każdym departamencie. A może to będzie Szwed? Ma być blondyn i niebieskimi oczami, to czemu nie Wiking jakiś? Tylko, żeby był wyrośnięty bo już dawno nikt z góry na mnie nie patrzył.

Właściwie to nie wiem po co mi te wróżby u wróżek skoro sama sobie mogę karty postawić. Swego czasu nawet rozkładałam koleżankom, ale że jestem osobą bardziej wyrażającą się przez słowo pisane, niż gadane, musiałam się wcześniej wina napić. Może i byłby to miły, łatwy i przyjemny sposób na zarabianie, ale, nie oszukujmy się, w końcu by mi dzieci zabrali. No chyba, że wcześniej zobaczyłabym to w kartach i zdążyłabym wytrzeźwieć.

Parę razy kusiło mnie, żeby wejść do jakiegoś “salonu”, w którym przyjmowała wróżka, ale nigdy nie zdążyłam, bo biznes zwijał żagle. Mam taką teorię, aby nie próbować zbyt krótko po otwarciu. Jeśli wróży dobrze to się utrzyma, a jak zbankrutuje to znaczy, że z niej wróżka jak z koziej dupy trąbka, bo tego nie przewidziała. Na razie same trąbki w okolicy.

Tak się zastanawiam czy do pani Eli nie uderzyć. Może już poszła z duchem czasu i ma laptopa na swojej ławie z podwójnym blatem i mogłaby mi przez Skypa powiedzieć jak daleko na południe mam pojechać, żeby tego Wikinga z niebieskimi oczami znaleźć?

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Trąbki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s