Magiczne Miejsce Mocy

Jak co roku, na jesieni, poległam z egzaminu sprawnościowego z ubierania rajstop. Zanim skończyłam się rankiem ubierać, byłam tak zmęczona, że gdyby nie konieczność wyjścia do pracy, położyłabym się z powrotem do łóżka.

Takie rajstopy to jeden z większych przekrętów finansowych, bo mało które wytrzymują ze mną całe dłużej niż jeden dzień. Te dzisiejsze poddały się po południu, kiedy właśnie stałam sobie na czerwonym świetle, i puściły mi piękne oczko na pożegnanie. Dość znacznie podciągnęłam spódnicę w celu dokładnego oszacowania fatalnego braku jakości dzisiejszych wyrobów, kiedy pan w pick upie obok mnie, radośnie zatrąbił i wyszczerzył się w uśmiechu. Zero prywatności! Nawet we własnym aucie kobieta nie może sobie spokojnie kiecki zadrzeć!

Żeby chociaż był jakiś twarzowy! Tyle romantycznych romansów się naczytałam i naoglądałam, że nadzieja na spotkanie tego jedynego w najmniej oczekiwanym momencie,  już mnie nigdy chyba nie opuści! Taka idealna sytuacja, a tu pick up zamiast Tesli, trąbienie zamiast subtelnego skinienia głową w podziwie dla oczka w mojej rajstopie, no a przede wszystkim broda nie ta!

Byłam miłośniczką brody lata świetlne temu, zanim stała się modna, na co mam świadkowe, które prychały na moje westchnienia, a teraz same swoim facetom każą owłosienie na twarzy hodować. Niestety, ta broda w pick upie to było jakieś nieporozumienie. Postanowiłam pojeździć dłużej po “mieście” w nadziei, że zatrąbi na mnie właściciel jakiejś ładniejszej. Niestety, bez powodzenia. Świat na psy schodzi!

Kiedy wróciłam do domu, nie zostało mi nic innego jak zdjąć z siebie porwane atrybuty kobiecej elegancji i przebrać się w coś bardziej pasującego do mojego marnego życia Kopciuszka. Ostatecznie ktoś musi zabrać się za sprzątanie i na kogo wypadło na tego bęc.

Jakoś tak się składa, że każdy mój dzień po powrocie do domu, zaczyna się w kuchni przy zlewie. Nie wiem jak to się dzieje, że zawsze coś w nim jest. Podejrzewam dwa powody. Po pierwsze, ktoś sobie jaja robi i mi ciągle coś brudnego podrzuca. Po drugie, wszystkim, w tym temu podrzucającemu, wydaje się, że mój zlew to magiczne miejsce mocy, w którym pozostawione naczynia w tajemniczy sposób oczyszczają się same.

Ktoś może zapytać, gdzie jest zmywarka? W końcu żyje pani w Ameryce, jest XXI wiek a teraz to nawet w altankach na działkach ma się zmywarki.

No tak, prawda. Ale było tak: jakieś dwa lata temu coś się zepsuło, JeszczeMąż obiecał naprawić, ale potem zwinął żagle, i jak na prawdziwego faceta przystało, zwodził mnie zdrowo, że kiedyś wpadnie i naprawi. Potem zwodził mnie pan Złota Rączka, a potem jeszcze jeden, ale ten nie złota, powiedziałabym po sposobie w jaki położył mi kafelki, że zdecydowanie Lewa Rączka, ale z braku laku… W każdym razie, pomimo, że jak widać pełno “prawdziwych facetów” w okolicy, to zmywarka dalej nie działa. Ktoś musi pozmywać, na kogo wypadło na tego bęc. Poza tym, zmywanie mi nie przeszkadza. To jak medytacja w ruchu i spa dla rąk w jednym. Wiem, wiem! Nienormalna jestem. Nic nowego.

W ferworze sprzątania, postanowiłam zabrać się do większych rzeczy. Posypałam więc dywanik w „salonie” Vanishem do wykładzin w nadziei, że się sam wypierze i nie będę musiała codziennie patrzeć na przyszarzałe konsekwencje nie do końca przemyślanego zakupu. Kto o zdrowych zmysłach kupuje biały dywan mając czarnego psa i dwoje dzieci?

Taki Vanish to całkiem fajny wynalazek. Sypiemy obficie, podejrzewam, że mocno przepłaconą sodą oczyszczoną, a po kilku godzinach tylko odkurzamy i voilà! Ja zostawiłam na całą noc, żeby moje voilà miało duży bum bum.

Resztę dnia spędziłam na spokojnym przesiadaniu się z kanapy na fotel i czekaniu na cudowne wyczyszczenie. Ostatecznie, może mój zlew nie jest jedynym magicznym miejscem mocy?

Rano po wstaniu z łóżka nadepnęłam na małego cielaka leżącego pod drzwiami mojej sypialni. Biało-czarne krowopodobne stworzenie wystraszone równie mocno jak ja odgalopowało w popłochu pozostawiając za sobą smugę białego proszku. Ruszyłam śladem białych łap na podłodze, które zawiodły mnie do mojego zasodowanego dywanu. Dywan biały. Podłoga biała. Pies biały. No, czarno- biały. Krowa znaczy.

Zaczęłam odkurzać. Psa, podłogę, dywan. Odkurzacz nie wytrzymał! Zabiłam następny!

Powinnam już się załapać na dożywotnią zniżkę w Walmarcie! Muszę przyznać, że zamiatanie białego proszku miotłą okazało się być czynnością wymagającą napicia się czegoś mocniejszego.

Przypomniało mi się, że Złota Rączka od ponad roku ma mojego Dysona w naprawie, więc może jak zadzwonię to odzyskam odkurzacz i namówię gościa na naprawę zmywarki?

Reklamy

4 myśli w temacie “Magiczne Miejsce Mocy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s