Brama

Czasami trzeba się pożegnać. Z sytuacją, osobą, etapem życia, swoim miejscem na Ziemi.

Czasami takie pożegnanie przychodzi z trudem, za nim do niego dojdzie rodzi się ono w bólach niczym pięciokilowy noworodek, a późniejsza rekonwalescencja też nie należy do przyjemnych.

Czasami jest łatwo, niczym poród siódmego dziecka w progu między kuchnią a gościnnym. Nic nowego, nic strasznego, nic nadzwyczajnego.

Czasami nawet nie zauważymy, że nastąpiło. I tu nie mam odniesienia do porodu, bo bez przesady, każdy się da zauważyć i odczuć. Chociaż, można nie zdawać sobie sprawy, że mamy do czynienia z pożegnaniem, jak niektóre panie, które idą do lekarza z ostrą niestrawnością a wychodzą z dzieciakiem, bo niezauważenie były w ciąży.

Zawsze mnie takie historie fascynowały, bo jak można, do cholery, nie wiedzieć? No dobra, załóżmy, że kobiecina z deczka przytyta i różnica w pasie nieznacząca, ale przecież takie dziecię fika w brzuchu! Toż to obcy! Ósmy pasażer Nostromo! Co ona myślała, że to zjedzony właśnie kurczak był tak niedopieczony, że ożył i szuka wyjścia z kiszek?

Skoro zboczyłam już z tą ciążą… Jej konsekwencjami są dziecko i macierzyństwo. Witając rozkrzyczanego grzdyla na świecie kobieta rozpoczyna nowy etap. Żeby go zacząć trzeba coś pożegnać.

Co żegnamy? Przede wszystkim, jędrne ciało, prężne mięśnie i sterczące cycki, ale to tak na marginesie. Żegnamy swoją dziewczęcość, beztroskę, wolność. Już nie będzie dnia w naszym życiu, w którym dane nam będzie myśleć wyłącznie o sobie. Każda decyzja, co jemy, co kupujemy, gdzie jedziemy na wakacje, gdzie mieszkamy, kiedy wychodzimy (czy w ogóle wychodzimy), gdzie pracujemy, kiedy śpimy (jeśli w ogóle śpimy) i z kim śpimy, itepe, itede, wiązać się będzie bezpośrednio albo pośrednio z Ósmym pasażerem Nostromo. I za nim mrugniemy okiem, trzeba się będzie z nim pożegnać, bo nasz niemowlak właśnie wyjeżdża na studia, udaje się na emigrację, albo własnego sobie zafundował. Ot, tak. Adios!

Miałam 12 lat, kiedy dostaliśmy nowe mieszkanie. Trzeba się było przeprowadzić i zmienić szkołę. Mały, wąski pokój w poniemieckiej kamienicy, zamieniłam na jeszcze mniejszy i węższy w bloku. Przez pierwsze dwa lata do naszej klatki dochodziło się po pojedynczych deskach rzuconych na ziemię, bo nie było jeszcze chodników. Kiedy padało i deski zatapiały się w błocie, oblepione buty trzeba było skrobać (ale dopiero po wyschnięciu!), więc pod każdymi drzwiami stała bateria obuwia. “Alternatywy 4” tylko Anioła nie było.

Zauważyliście, że w blokach wchodzi się do klatki, a w kamienicach w bramy? Brama symbolizuje przejście z jednego stanu w drugi, a co symbolizuje wejście do klatki? Ha!

Do dziś mam sny z mieszkania w kamienicy. Zawsze do niego wracam. Poprawiam po poprzednich właścicielach, żeby wyglądało jak za czasów mojego dzieciństwa. Za każdym razem, kiedy jestem w Polsce patrzę w swoje stare okna i mówię sobie, że jak się dorobię to zapukam do dużych brązowych drzwi, zapytam się “Ile?”, zapłacę i wynocha z mojego mieszkania.

Pewnie nigdy do tego nie dojdzie, głównie przez moje wieczne problemy z dorobieniem się, ale przede wszystkim dlatego, że to już było. I jak śpiewa Maryla, nie wróci więcej. Pożegnałam się z tym miejscem lata temu, i tylko sentyment pomieszany z melancholią za minionym czasem, oraz fakt, że moja przyjaciółka z piaskownicy ciągle mieszka pod tym samym adresem, dwie bramy obok, sprowadza moje myśli i mnie na ulicę Ściegiennego 10 mieszkania 2. Powrót nic nie zmieni, ani nie przywróci. Ważne tu i teraz, a nie tam i wtedy.

Pożegnania z przyjaciółmi też trzeba w życiu przeżyć. Moje pierwsze zaliczyłam przy przeprowadzce. Nie wszyscy ze mną zostali. Nie każdy mógł, nie każdy chciał. Mimo to, po każdym zostało łaskotanie pod sercem. Podobne pożegnania nastąpiły z końcem szkół, zmian prac, innych przeprowadzek.

Nie każda przyjaźń umiera śmiercią naturalną. Im dłużej żyję tym więcej zamachów i morderstw widzę. Niektóre przeprowadzone z premedytacją, zazwyczaj za plecami.

Nie wierzę w przyjaźń męsko-damską, chyba, że strony są również partnerami w życiu. I czasami sobie myślę, że zdrada przyjaciółki boli bardziej, niż zdrada faceta. Jej niewierność czy nielojalność tnie dużo głębiej, niż jego skok w bok. Nie każda przyjaciółka jest prawdziwa. Na szczęście, po każdej można się pozbierać.

Najczęstsze i najbardziej zauważalne rozstania zaliczamy z naszymi drugimi połówkami. Teoretycznie, każdy powinien mieć tylko jedną połówkę, ale praktycznie każdy próbuje do skutku. Czasami uda się znaleźć ciutkę do nas pasującą ćwiarteczkę. Czasami nawet jest fajnie. Zawsze jednak pozostaje puste miejsce na coś większego.

Żegnamy my albo nas żegnają. Myślę, że dobrze jest przeżyć jedno i drugie. Perspektywy się nabiera. Pierwszy pożegnał mnie kolega Robert na biwaku. Do dziś nie znam powodów, ale pamiętam, że z pewną dawką satysfakcji spuściłam mu powietrze spod tyłka, żeby zabrać swój materac. Z tym samym materacem pojechałam na biwak z kolegą Geraldem, którego z kolei sama pożegnałam bez wyjaśnienia, gdyż fatalnie całował.

Pierwszego poważnego mężczyznę w swoim życiu pożegnałam, gdyż nie zakręcał wody kiedy mył zęby i nie zamykał drzwi na noc. To jest wersja oficjalna i takiej się trzymam. Z drugim, na pomysł pożegnania wpadliśmy w tym samym czasie. Fajnie nie było, ale wcześniej było gorzej.

Randkowanie w czasach internetu to bardzo interesujący proces, w którym trzeba mieć grubą skórę i twardy tyłek, bo bardzo często się okazuje, że facet już się pożegnał, tylko kobita się jeszcze nie zorientowała i ciągle czeka na jego telefon. Jest już na to nawet oficjalny termin: ghosting. Kiedy ktoś dyskretnie znika, przerywając jakąkolwiek komunikację. Żyjemy w czasach, kiedy zupełnie nie trzeba się tłumaczyć, mieć respektu do czyichś uczuć, wystarczy zapaść się pod ziemię, udawać, że nas nie ma i po problemie.

Ghosting jak choroba infekuje już wszystkie relacje, nie tylko te internetowe. Znikają partnerzy, wspólnicy, znajomi. Żeby się pożegnać, przejść przez jakąś bramę, trzeba mieć jaja, a w ten sposób nie trzeba się tłumaczyć. Tkwienie “pod jednym adresem” nie jest dobre, ale wyprowadzka pod osłoną nocy, zostawienie kogoś bez wyjaśnienia, to czyste tchórzostwo.

Są też i tacy, którzy żegnają się na “zawsze” z systematycznością kobiecej miesiączki, po czym wracają jak bumerang z sobie tylko znanych powodów. “Bo to nie było na poważnie.”, “Ja tak w nerwach tylko.”, “No przecież wiesz, że ja tak mam!”. Po kilku takich cyklach i świętego szlag by trafił. Stanie w miejscu i blokowanie innym przejścia to egotyzm. Tak sobie, więc myślę, że niektórzy, aby przejść przez bramę, najpierw powinni wyjść z klatki.

Zupełnie nie wiem jaką puentą ten tekst zakończyć, więc krótko powiem: “Żegnam!”.

sciegiennego102

 

Reklamy

3 myśli w temacie “Brama

      1. Tak, pozegnania… Jako ekspaci wszyscy znamy to uczucie.. Fajne to porownanie bramy i klatki. Ja tez wciaz poszukuje swojej bramy..

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s