Pypeć na żarówce

Któregoś dnia późnym latem….

Najwyraźniej po parumiesięcznym maraźmie powracam do świata żywych, gdyż robienie głupot znów przychodzi mi lekko i naturalnie. I jak się okazuje, nie ma lepszego sposobu na przekonanie się, że jednak się żyje, niż zacząć umierać.

Ostatni raz umierałam po fasolce szparagowej leżąc na podłodze łazienki przeklinając mój kompletny brak dyscypliny w jej systematycznym myciu. Niezmiernie się, więc przestraszyłam przy pierwszych skrętach kiszek, że podłoga znowu nieczysta! Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się stresowałam, bo jak mnie pierdykło na kanapie to już z niej i tak wstać nie mogłam.

Lekcje wyciągnięte z przeżytego umierania. Po pierwsze, wcale nie trzeba panikować z tą czystą podłogą w łazience, bo paść można wszędzie. Po drugie, jeśli zapomniałam o kupionym arbuzie i leżał sobie spokojnie na tylnym siedzeniu samochodu, to znaczy, że Wszechświat chciał mnie przed nim ostrzec i nie na miejscu było to głupie skakanie z radości po jego znalezieniu. Po trzecie, zjedzenie jego “większej połowy”, aż prosiło się o konsekwencje. Po czwarte, paniom w moim wieku mogą takie konsekwencje zacząć się pojawiać.

4 espumisany, 2 nospy max, 2 rapacholiny oraz trzy odcinki “Gry o tron” później, udało mi się wstać z kanapy. Nadal mam brzuch jak w szóstym miesiącu ciąży, ale na szczęście bóle porodowe już przeszły. Pozostaje nadzieja, że reszta rozejdzie się po kościach.

Kilka dni później….

  • Mamo czemu jesteś taka marudna od rana?
  • Kawa mi nie wyszła!
  • Przecież ty nie pijesz kawy rano!
  • No właśnie!!!

Odkąd wstałam naszła mnie ochota na kawę. Jeszcze około roku temu, bez wypicia małej białej rano, byłam chodzącym potworem gotowym zaatakować wszystko co się rusza bądź głośniej mruga powiekami. Postanowiłam popracować nad swoim niedopuszczalnym zachowaniem i po jakichś dwu dniach chodzenia z “globusem” udało mi się  zacząć pierwszy w historii dzień bez warczenia. No, a teraz, jak na złość, zaczęła za mną chodzić kawa.

Z braku jakiegokolwiek mechanicznego sprzętu do parzenia, kawę robię w aluminiowym tygielku, a potem do powstałego espresso dolewam, ku zgrozie koleżanki Bibułki, która wzdryga się na myśl o białym kożuchu, prawie zagotowane mleko. Wychodzi mi coś pomiędzy latte a “cholera wie co”.

Po nastawieniu tygielka i garnuszka z mlekiem zauważyłam, że jedna z żarówek nad blatem się przepaliła. Przytargałam krzesło, wlazłam na nie z bólem, bo ciągle mnie arbuz w prawym boku kłuł, i zaczęłam wyciągać z sufitu oprawkę. Skubana bardzo dobrze była osadzona, bo potrzebowałam noża i widelca, żeby zarazę w ogóle ruszyć. Jak się ruszyła to posypały mi się jakieś farfocle.

Bardzo spociłam się i zestresowałam przy wykręcaniu żarówki, nie dlatego, że  mi siły zabrakło, ale wyobraźni, że niby jak ją wyjąć? Gdy już mnie oświeciło to okazało się, że jakieś dziwne dwa pypcie na końcu ma, a ta którą sobie przygotowałam do wkręcenia, ma jeden. Polazłam, więc z krzesłem na drugi koniec kuchni wykręcić inną żarówkę, bo nad lodówką aż tak jasno mi nie musi przecież być.

Kiedy już stanęłam na krzesełku to okazało się, że każdy kto mieszka w tym domu i chce sobie coś przed kimś schować, kładzie to na lodówce. I tak znalazłam kilka Bueno, resztę czekolady z orzechami i moje fajki na czarną godzinę.

Wróciłam nad kuchenkę, jedna noga na krześle, druga na blacie, krzesło trochę mi jeździło po podłodze, ale trzymałam się oprawki, więc spoko. Mleko zaczęło się gotować, więc z jedną ręką ciągle pod sufitem, wyłączyłam gaz. Piękny manewr, prawie mi wyszła asana odwróconej gwiazdy. Tylko okazało się, że wyłączyłam palnik pod kawą i pół mleka mi wykipiało…

Wyłączając ponownie gaz pod mlekiem straciłam równowagę. Obalając się lekko do tyłu przekonałam się, że oprawka nie jest w stanie mnie przytrzymać, znów coś białego posypało się z sufitu i łapiąc czego się da, oparłam dłoń na gorącej kuchence.

Nie zważając na uszkodzenia ciała i dumy, zaparłam się, że wypiję dzisiaj to “latte”, żebym miała o kulach chodzić. Wlałam kawę i mleko, posłodziłam, siadłam na krześle, łyknęłam i się oplułam. Moja kawa się wcale nie zagotowała, bo za wcześnie ją wyłączyłam, a białe farfocle z sufitu powpadały mi do białej filiżanki. Te lżejsze nawet wypłynęły na powierzchnię, czego zajęta oglądaniem poparzonej ręki, nie zauważyłam.

No i dupa. Mój organizm nadal pożąda kofeiny, więc pomyślałam, że może herbaty sobie zaparzę, ale boję się wejść do kuchni. Ciemno tam i spalonym mlekiem śmierdzi. Zapalić też nie mam jak, bo chociaż to jest zdecydowanie czarna godzina domagająca się dymka na uspokojenie, to boję się wleźć na krzesło, żeby zdjąć te fajki z lodówki.

Reklamy

4 myśli w temacie “Pypeć na żarówce

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s