Pierwsza miłość

Jakiś czas temu popełniłam okropny błąd, którego skutki odczuwam do dzisiaj. Otóż, odnalazłam swoją pierwszą miłość. A wszystko przez ten cholerny internet!

Jak na pierwszego mężczyznę przystało miał na imię Adam, był kilka lat starszym, przystojnym brunetem z ciemnymi oczami, w których pod pewnym kątem można było przestępstwo dojrzeć. Ale Adam był buddystą i uczył medytacji, więc na co dzień emanowało z niego zen, a na ustach nosił coś w rodzaju półuśmiechu, delikatnie sugerującego, iż mentalnie stąpa ponad tego ziemskiego padołu nieszczęściami. Czytał mi Stachurę swoim głębokim głosem, od którego uda mi drżały i grał na gitarze. Oczywiście, że wpadłam jak śliwka w kompot!

Biegałam na warsztaty, żeby posiedzieć w milczeniu w JEGO obecności. Medytacja, okazała się być dla mnie drogą przez mękę, mowy nie było o wyciszeniu się, oczyszczeniu głowy z myśli. Moje hormony szalały, przez głowę przelatywały mi tabuny myśli, scenariuszy, dramatów w odcinkach godnych brazylijskim telenowelom, a serce łomotało mi tak głośno, że aż w uszach dudniło, więc jakie wyciszenie?

Ale, udało mi się opanować sztukę zamykania jednego oka, czego przez swoje dotychczasowe, dziewiętnastoletnie życie, nie udało mi się dokonać. Bardzo przydatna umiejętność do podglądania obiektu moich westchnień, kiedy wszyscy inni w kółku, z zamkniętymi oczami wchodzili w stan wyższej świadomości.

Lata później przeżywając łomotanie serca i szum w uszach z innym mężczyzną posiadającym hobby z zupełnie innej półki, okazało się, że zamykam nie to oko co trzeba, bo nie da się z karabinu strzelić zamykając prawe będąc praworęcznym. Niby się da z obydwoma otwartymi, ale materiał na snajpera ze mnie żaden, bo ja wtedy potrójnie widzę, i cholera wie w co, lub kogo, bym trafiła.

Wychodzi na to, że marnie jestem przygotowana do przetrwania. W razie apokalipsy zombi żaden ze mnie pożytek, bo żywych mogę odstrzelić. W razie konieczności pogodzenia się z końcem świata też ciężko będzie, bo na lekcjach medytacji bujałam w obłokach.

Spędziliśmy jeszcze “razem” dwa tygodnie na obozie medytacyjnym na Mazurach, na który, wbrew mojej naturze wielkiego strachalca i panikarza, pojechałam sama, wiedząc tylko, na której stacji wysiąść. Jak ja tę polanę nad jeziorem znalazłam pozostaje dla mnie do dziś wielką zagadką, ale miłość jednak czyni cuda.

Były wieczorki przy ognisku, pływanie łódką i fantastyczne rozmowy o wszystkim, przy czym ja w ich przeważającej części siedziałam cichutko, onieśmielona JEGO obecnością. To był jedyny facet w moim życiu, przy którym zabrakło mi słów w gębie. Szacun.

A potem on wyjechał do innego miasta. Przysłał mi jeszcze dwie kartki, które do dziś mam. Zgubiłam za to łańcuszek, który dostałam od niego na dworcu w Ełku kiedy wracaliśmy z obozu.

Przez lata, kiedy któryś z moich aktualnych mężczyzn zachodził mi za skórę, miałam w głowie wizję szczęśliwej przyszłości z Adamem, który wraca, odnajduje mnie, porywa temu niewdzięcznemu draniowi, który sprawy sobie nie zdaje jaki skarb ma przy boku, bo on, Adam, zrozumiał, że życie beze mnie jest miałkie, blade i do dupy.

Żyjemy sobie skromnie, ale szczęśliwie, gdzieś w altance na jakichś ogródkach działkowych. Jemy śliwki prosto drzew, zalegamy pod krzakami porzeczek kąpiąc się w słońcu, a on mnie przeprasza, że tyle lat zmarnował. Jakoś nigdy w moich wizjach zimy nie było, więc nie wiem jakby to z tą naszą miłością było, gdyby woda na działkach zamarzła i śnieg przysypał.

No, a potem mnie podkusiło, żeby go odnaleźć. Internet to jest jednak, obok mikrofalówki, narzędzie szatana! Wcale nie było to takie trudne, bo Adaś ciągle gdzieś wyczynowo medytuje. Niestety okazało się, że nie jest już przystojnym brunetem, a starszym, łysym panem z brzuszkiem. I nic w tej łysinie może nie byłoby przerażającego, ale nóżki, które podtrzymywały brzuszek odziane były w białe skarpetki i sandałki.

Mój świat legł w gruzach. Jego legenda, moja wizja, w końcu sama altanka rozsypały się na proch. Tlący się na tych zgliszczach żar głupiej nadziei, że może to jakieś przebranie było, zaczepiłam go na czacie. A po kilku wymienionych wiadomościach, pierwsza miłość mojego życia, zapytała mnie skąd my się znamy? A ja się pytam, jak można MNIE nie pamiętać!?!?!

Najwyraźniej można, ale w końcu sobie przypomniał. No i teraz mam problem. Bo nie dość, że mi facet spartaczył taką pięknie wiosenno-śliwkową ucieczkę od rzeczywistości, zbrukał obraz pierwszego niewinnego uczucia tymi skarpetkami w sandałach, to jeszcze się do mnie na starość przyczepił i drugą miłość chce ze mną przeżyć ać pierwszej nie pamięta! Dżizes! Trzeba go było w spokoju w tych wspomnieniach zostawić, w razie potrzeby uciekać sobie na te działki jak do Lalalandu, ale nie! Babską ciekawość trzeba było zaspokoić! No to masz babo placek! Tylko bez śliwek, bo zima!

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s