Ania ma kota

 

Zupełnie nie rozumiem w jaki sposób tym wszystkim paniom żyjącym razem ze swoimi kotami udaje się przeżyć? Jakim cudem postrzegane są jako nieszkodliwe wariatki, albo miłe babcie? To są ciche bohaterki! Te kobiety mają po co najmniej kilka kotów i mają się dobrze. Ja mam jednego i codziennie ryzykuję życie!

Zaczyna się niewinnie około piątej rano. Kot mrucząc kilkakrotnie przechodzi po moim niczego nieprzeczuwającym, śpiącym ciele. Przechodzi sobie po mnie, jak przez jezdnię, z jednego nocnego stolika, na drugi. Na lewym, trochę dłuższym, w wyniku braku wyobraźni co do moich późniejszych zwierzęcych wyborów, ustawiłam sobie dwa podłużne obrazki, na których powiesiłam  koraliki z jakiegoś starego słomkowego kapelusza. Takie ładne były, szkoda wyrzucić… Taaa… Kotu też się podobają.

Z karnisza na owe obkoralikowane obrazki miękko spływa coś à la szaliczek. Taki ładny. Ażurkowy. Wydawało mi się, że fajnie będę w nim wyglądać, a potem oczywiście okazało się, że od ostatniego szaliczka zupełnie nic się nie zmieniło, moja szyja nic a nic się nie wydłużyła i, nie dość, że fatalnie wyglądam, to jeszcze w tym ażurkowym, szczególnie fatalnie, niczym topielica, albo Wieszcza Adama “mokry jaskier wschodzący na bagnie”. Ale Kotu się podoba. Nawet bardzo! Czasami obrazki spadają razem z szaliczkiem i koralikami. W te dni nie potrzebuję nawet budzika.

Po drugiej stronie łóżka, na prawym stoliczku, normalny kobiecy pierdolnik. Kolczyki, bo nie da się w nich spać. Kot uwielbia! Ładnie się czepiają pazurków i błyszczą. Tubki z kremami i maściami, bo nie wiadomo co kiedy zacznie boleć, strzykać albo wymagać będzie nasmarowania. Kotu szczególnie plastikowe zakrętki przypadają do zębów. Fiolki z olejkami, bo jak katar to eukaliptus a jak “qurva day” to lawenda. Ślicznie się turlają! Nakładka na zęby, żeby w nocy nie zgrzytać, ale zupełnie nie pomaga, właściwie to nie wiem po co ona tam jeszcze leży. Tak się zaraza mocno trzyma szczęki, że jak już mi się ją wreszcie uda zdjąć to jestem cała spocona, zmachana i wkurzona a przez resztę dnia zgrzytam ze złości i bólu w żuchwie. Nakładka najwyraźniej wyraźnie pachnie mną i da się żuć. Notatnik i długopis, w razie jak mnie milionowy pomysł we śnie przeleci. Turlają się troszkę gorzej niż fiolki, ale za to papier cudnie szeleści! Szklanka z wodą. Była do wczoraj. Bo jak ten papier zaczął szeleścić to ja zaczęłam swoimi łapkami machać, żeby Kota odgonić, a potem to musiałam odkurzacz wyciągać o piątej rano.

No i są też książki… I tu pojawia się problem. Kot uparcie, każdego ranka, powraca do “Mistrza i Małgorzaty”, do którego ja próbuję powrócić przynajmniej raz w miesiącu. Zupełnie mi się nie udaje, bo wydanie jest z 1988 roku, zakupione za talony za zebraną makulaturę, sklejone jakimś klejem z żywicy, trzymało się kupy tylko do pierwszego otwarcia. Próba czytania w łóżku to ekwilibrystyka dłoni, gdzie każdy palec odpowiedzialny jest za utrzymanie przydzielonej ilości stron przez wypadnięciem.

Brak grzbietu pozwolił za to Kotu na zżeranie żywicznego kleju. Jestem prawie pewna, że skubaniec nie powraca do tego tytułu z zamiłowania do literatury rosyjskiej czy kociego afektu dla Behemota, ale dlatego, że przez tą żywicę jakiegoś haju dostaje!

Wreszcie nie mam innego wyjścia jak wstać rano z łóżka i to przynajmniej na godzinę przed nastawionym budzikiem, co jest skandalem samym w sobie. Kot już czeka przy moich stopach. W normalnych warunkach nałożyłabym swoje wełniane paputki, które zdejmuję przecież w tym miejscu wieczorem, ale one są już od conajmniej kilku godzin w dwóch różnych częściach domu pod różnymi meblami, więc idę ich szukać na bosaka, wystawiając się tym samym na kocie ataki. Najczęściej są to naskoki na moje łydki. Jeden krok, jeden naskok.

Kiedy skończę się już gimnastykować i powyciągam paputki spod kanapy, fotela bądź łóżka, wracamy, Kot oczywiście naskakująco, po szlafroczek. Ubieranie szlafroka nie jest wcale taką łatwą czynnością. Kiedy biorę go do ręki, Kot jest już uczepiony jakiejś jego części. Trzeba więc go strzepnąć. Kota znaczy. Zanim Kot się połapie co się stało zazwyczaj mam już obie ręce w rękawach. On w tym czasie chwyta za którąś połę. Znowu trzeba go strzepnąć. Potem walczymy o pasek od szlafroka. Ponieważ jest tylko jedna szlufka, to Kot ma automatyczną przewagę, gdy atakuje z prawej.

W drodze do kuchni, albo ciągnę Kota przyczepionego do szlafroka, albo froteruję nim podłogę bo trzyma w zębach moją opaputkowaną stopę. Aby się go pozbyć trzeba pyknąć wieczkiem od puszki z jego jedzeniem. Odskakuje momentalnie i zaczyna kręcić piruety jak Jewgienij Pluszczenko. To jest dobry moment na spokojne zrobienie kawy z ewentualnym śniadaniem. Więc robię. Krótko po tym, najedzony i otumaniony PRL-owska żywicą Kot idzie spać, a ja, strasznie niedospana, zaczynam budzić dzieci.

Przez resztę dnia, dla mnie wypełnionego pracą, Kot słodko śpi na poduszce w oknie. Gdzie tu sprawiedliwość? Budzi się łaskawie, kiedy wchodzę do domu i pierwsze co? Jewgienij Pluszczenko! On mnie kocha tylko dla tych puszek z żarciem!

Wieczorem, gdy na kanapie próbuję czytać, uwala się na książce lub gazecie. Poziom mojego czytelnictwa spadł już do podłogi. Kiedy oglądam coś w telewizji, przeprowadza zorganizowane ataki na mój łokieć w celu zwrócenia na siebie uwagi. Jestem pogryziona i podrapana, ale tłumaczę sobie, że to objawy kociej miłości, bo przecież żryć już mu się nie chce. Po jakimś czasie, zmęczony aktywnością fizyczną, kładzie mi się na klatce piersiowej lub owija wokół szyi. Odziana w etolę z kota wreszcie mogę zażyć relaksu. Grzecznie leżę nieruchomo, bo nie wypada kogoś budzić. Poza tym lepiej drania nie prowokować, bo się może znowu odgryźć.

Staram się chodzić wcześniej spać, żeby jakoś nadrobić poranne pobudki, ale nawet pójście do łóżka jest niebezpieczną czynnością. Normalnie, i aż mi się płakać chce, że mam to już przeanalizowane, wchodzę do łóżka z pozycji bocznej. Lewa noga zgięta na materacyk, za nią siada dupka, prawa automatycznie podnosi się do góry i wtedy wciągam ją pod kołderkę. I to jest ten moment, w którym Kot przeprowadza atak, na niczego się niespodziewającą, wiszącą prawą stopę. Nie polecam strzepywania. Strasznie boli i pozostawia długie, krwawe rysy na owej części. Mam kilka, wiem co mówię! Moja Prawa Stopa może być również bohaterką filmu. Horroru najprawdopodobniej.

Ćwiczę więc nowe metody kładzenia się do łóżka. Najbardziej efektywną jak na razie jest rzut z rozbiegu. Kot się nie spodziewa i nic nie wisi w powietrzu wystarczająco długo, aby mógł się wczepić. Ale to też działa na mnie depresyjnie, bo mam manię dobrze naciągniętych prześcieradeł i obrusów na stole. Zmarszczki na nich doprowadzają mnie do swędzenia skóry, a taki rzut ciałem strasznie gniecie całą pościel!

Zasypiam, jakoś, przykryta po nos kołdrą, bo wszystko inne oprócz twarzy, wystawione jest na podgryzanie. Kot oczywiście na mojej klacie, więc śpię jak mumia w sarkofagu, żeby gnojka nie obudzić. I tak do piątej rano. Miau!

Reklamy

2 myśli w temacie “Ania ma kota

    1. Mój poprzedni kot codziennie oknem na noc wychodził a nad ranem wracał. Oknem w mojej sypialni oczywiście, więc dwa razy musiałam z łóżka wstawać, żeby drania wypuścić. Niestety nie skończyło się to łażenie dla niego dobrze, bo samochód go przejechał. 😦

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s