ZOśKA

Długa historia o tym jak pojechać na zakupy

i wrócić do domu z fantem.

 

Długo mnie tu nie było. Przeprowadziłam się w góry. Zmieniłam klimat na bardziej mroźny zimą i chłodniejszy latem. Dziś wiem, że wszelkie nieprzemakające buty przemakają, że nawet owcze futro otulające stopy może nie wystarczyć na siarczyste mrozy, ale za to podwójne reklamówki bardzo pomagają.

Dziś wiem, że ostre zimy otwierają serca na pomoc innym, więc nikt nie trąbi na kierowcę blokującego dwa pasy, bo właśnie się zatrzymał, aby sprawdzić czy w samochodzie stojącym na środku zaśnieżonej drogi, ktoś właśnie nie potrzebuje pomocy. Wszyscy grzecznie czekamy na awaryjnych, sami gotowi do wyjścia.

Cieszy wizyta sąsiada, który widząc, że wyjeżdżająca z mojego zasypanego śniegiem podjazdu koleżanka, pięknym manewrem skosiła moją skrzynkę na listy, przyszedł mi tą skrzynkę przymocować do słupa, mimo minus trzydziestu Celsjusza na termometrze. Cieszy, że koleżance udało się z mojego podjazdu w ogóle wyjechać przy braku napędu na cztery koła. Nie dziwi, że wysiadło jej ogrzewanie w samochodzie i mechanik musiał powymieniać skruszałe od mrozu kabelki. Tęskno za korbkami do okien, bo automaty wysiadają z zimna, a jazda przy otwartym oknie nie jest wesoła. Wiem co mówię! Musiałam odbić kartę na bramkach, automacik z jękiem spuścił szybę po czym odmówił współpracy. Zapłaciłam za bramki tygodniowym przeziębieniem i betonem w zatokach.

Ale to nic! Lepiej mi było tylko w Polsce! Po bardzo długiej przerwie wróciłam do jazdy konnej. Szpilki, sukienki i wszelkie szmatki zbierają kurz w szafie. Jeśli w czymś nie można wsiąść na konia, albo wleźć w błoto, to raczej już nie dla mnie. Jaka ulga!

Połowę mojego wolnego czasu spędzam z Amelią w stajni, której właściciele stali się naszymi przyjaciółmi i Rodziną Zastępczą. Kiedy nie “mieszkam” w stajni , mieszkam w domku w lesie, wolałabym w głębszym i bez tylu sąsiadów, ale czuję się jak na ośrodku wypoczynkowym, a poza tym jest ktoś chętny do sklejenia mojej skrzynki, więc plusy jednak są.

I tak doszłam do zapowiedzianych wyżej zakupów z fantem. Co poniedziałek w krainie Amishów odbywa się aukcja koni. Bardzo chciałam na nią pojechać, i kiedy padła decyzja, że jedziemy, mało nie zeszłam ze strachu, że wrócę do domu z koniem, na którego absolutnie jeszcze mnie nie stać.

Moja Siostra Zastępcza kupiła przystojnego konia z numerem 007, więc od razu ochrzciliśmy go James Bond. James prawdopodobnie woził Amishów w bryczce, więc idealnie nadawał się do sanek na kulig. Zostawiliśmy go i pojechaliśmy po sanki. Oczywiście do Amishów! Bardzo miły Pan w Kapeluszu oprowadził nas po chyba pięciu stodołach załadowanych bryczkami, wozami i saniami. Przez cały czas moje dziecię, które nie poszło z okazji aukcji do szkoły, chodziło z nosem spuszczonym na kwintę. Powód? Szkielet obciągnięty biało-czarną skórą, z aukcyjnym numerkiem 841 na tyłku, który leżał na betonie, w kącie obok pomieszczenia z osłami. Ale na aukcje nie został wystawiony.

Kupiliśmy sanie, załadowaliśmy, a w międzyczasie Amelia poleciała do Pana w Kapeluszu kupić malutki kantar i linkę. Obie różowe. Tak to się kończy, kiedy pod choinkę daje się dzieciom szmal z przesłaniem “kup sobie co chcesz”!

Wróciliśmy odebrać konia. Ta kupa kości dalej leżała w tym samym miejscu. Amelia, jakieś takie nieśmiałe stworzenie, które woli z czegoś zrezygnować niż iść i kogoś poprosić, poszła do biura pełnego innych brodatych facetów w słomkowych kapeluszach i dowiedziała się, że numer 841 został sprzedany takiemu i takiemu osobnikowi w zeszłą środę (!) i osobnik ten powinien być po drugiej stronie budynku aukcyjnego gdzie trzymają bydło. Poszła szukać owego osobnika. Przepytała wszystkich innych brodatych i niebrodatych facetów. Nikt nic nie wie, czeski film, osobnika nie ma. Patrzę sobie na to z boku i się nie odzywam. A ona tym kapelusznikom mówi, że specjalnie kupiła kantar i linkę, że zamierza uratować tego cielaka, bo dalej leżeć tak na betonie nie może, bo w końcu umrze. Ile ma zapłacić? Stanęło na dwudziestu dolarach. Trzy zestawy BigMac w McDonaldzie, o zgrozo! (Tak to się kończy, kiedy pod choinkę daje się dzieciom szmal z przesłaniem “kup sobie co chcesz”!) I w ten sposób, Bogu dzięki, nie kupiłam konia, a do domu wróciłam z Zośką.

Przy pierwszym karmieniu przeżyłam atak serca i chyba udar, a na następne dziesięć minut świat mi się zatrzymał. Okazało się, że Zośce farfocel wisi między nogami i chyba mleka z niej nie będzie. Jak my qurva to zrobiłyśmy, że kupiłyśmy byka????  No trudno! Podrośnie, zacieli stajenną czarną krowę. Może jakoś da się te dunduny przeżyć i zużytkować. Ale nikt nie mógł uwierzyć, że taki “drobny szczegół” przegapiliśmy, więc Zośka została przyzwoicie obmacana. Ufff! Pępek jej jeszcze nie odpadł! Mleko będzie! Na razie tylko w proszku, i dla niej, bo okazało się, że mamy niemal niemowlę!

Zośka spędziła noc u nas w domu, bo gdzież to takie chuchro, które nie wiadomo kiedy jadło zostawić bez opieki? Pierworodny nawet się nie zdziwił, kiedy nam drzwi do domu otworzył. Edek obwąchał, polizał po uszach, zaakceptował. “ W moim magicznym domu, wszystko się zdarzyć może. Same zmyślają się historie….” Lalala. Nikt się już niczemu nie dziwi.

Zośka pierwszy raz usnęła na stojąco z głową na oparciu fotela przy Amelii. Całą noc ślicznie przespała w korytarzyku obok mojej sypialni.

No i karmię od rana butelką, głaszczę futerko i podstawiam wiaderko jak trzeba.  Dzisiaj jedzie do stajni, bo jednak krowa w domu to przegięcie. No i teraz musimy szukać domu bardziej w lesie, żeby te wszystkie fanty mieć przy sobie. Bo ja chcę kozę!

 

P.S.

12 Styczeń

Post z Facebooka

Smutna wiadomość moi kochani. Niestety wczoraj rano Zośka się poddała.
Z naszych obliczeń wynikało, że miała około 10 dni, maksymalnie dwa tygodnie. Amelia zabrała ją w poniedziałek. Powiedzieli jej, że została sprzedana w zeszła środę, więc wielce prawdopodobne jest, że leżała na tym betonie pięć dni, sama będąc kilkudniowym dzieckiem. Bez jedzenia, bez picia. Była bardzo osłabiona, kupka kości nic więcej.
W poniedziałek dostała elekrolity i trochę mleka, we wtorek w domu jeszcze z radością wycmokała śniadanie i lunch, i przespała do po południa. Miała katar i pokasływała. Po przewiezieniu do stajni powoli zaczęła nam słabnąć. Miała moment wzmożonej aktywności, ale niestety potem było już gorzej Mleko dostawała w strzykawce, katar się nasilił. Miała ciepło i sucho. Ewa czuwała nad nią i wspanialomyślnie podzieliła się stajennymi lekami. Zośka dostała wieczorem i następnego dnia penicylinę. Niestety też nie pomogło.
Amelia pożegnała się z nią w środę wieczorem. Zośka zasnęła sobie na miękkiej kołdrze, przykryta kocykiem. Myślę sobie, że chociaż te kilka dni spędziła w cieple, z pełnymi żołądkami, głaskana i kochana. Próbowaliśmy. Ona też próbowała. Szkoda, że nie wyszło.
Amelia teraz odchorowuje. Dzieciak tak ma, że najpierw się zamyka w sobie, a potem odreagowuje fizycznie. Wczoraj ból głowy i lekka gorączka. Dzisiaj będę ją trzymać blisko i mocno. Zośki bardzo szkoda, Amelii szkoda, ale jakaś lekcja zaliczona, doświadczenie zdobyte. Jest jeszcze dużo zwierząt do uratowania i pewnie jeszcze nie jedno trafi do nas na salony.

Image may contain: one or more people, people sitting, people sleeping and indoor

 

Reklamy

7 myśli w temacie “ZOśKA

  1. Jak kupisz kozę to naprawdę przyjadę odwodzić, moja córka ma fioła na punkcie kozioł a młodsza krów. Ja wszystkie zwierzęta kocham, czyli maja coś po mnie. Powodzenia. Zośka jest śliczna ❤️ A ty z córka niesamowite ❤️

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s