Miałka

Mam tyle na głowie, tyle powinnam, że zaraz zacznę krzyczeć! Nawet nie wiem, w którym momencie pozwoliłam poczuciu winy, obowiązku, kontu bankowemu, czy poziomowi gazu w butli  zawładnąć moją rzeczywistością do takiego stopnia, że nie mam kiedy pierdnąć. Przysłowiowo oczywiście, bo pierdki raczej nie dadzą się w grafik wpisać i  o zgodę na zaistnienie nie pytają. Jeden pięknie mnie kiedyś zawstydził na jodze, w sali pełnej wyginających się ciał. Jedno bardzo przystojne ciało wyginało się bezpośrednio za mną. Nigdy mi tak gorąco nie było, a to była Hatha a nie Hot Joga. Albo w zeszły weekend, kiedy żegnałam się z gospodynią po jej przyjęciu urodzinowym. Buźka, buźka. Cudownie było! Jedzenie siódme niebo w gębie, a tort jeszcze wyżej! Do zobaczenia! Piruet po ostatnim całusie i bum! Bąk! To już uprzejmiej byłoby beknąć w imię pochwały dla menu. Ale nie, podsukiennik musiał się objawić.

Nie wiem jak to się stało, że o pierdach piszę, no ale jak już wyszły to jedziemy dalej. Podsukienniki, bączki, kanapowce, fotelniki, cichacze, krótkopierdy, nurkobąki, pierdogrzmoty i tak dalej. Jakaś ogólnoczłowiecza czułość do tematu przebija przez to nazewnictwo. To takie łobuzy, zasmarkańce z poobijanymi kolanami, nie ma się czym chwalić, że nasze ale powodu do dramatu też nie ma.

Kurde! Krzyczeć miałam, że mnie dorosłe życie dopadło, że rachunki, że ja tak nie chcę, że chcę do mamy, a nie o PIERDołach pisać!

Nie lubię słowa “powinnam”. Jest we mnie bunt przeciwko normom, regułom i ogólnie przyjętym standardom, co zupełnie nie przeszkadza mi żądać od własnych dzieci posłuszeństwa, czy  przestrzegania moich zasad, no ale co wolno wojewodzie, no nie?    Gdybym się grzecznie prowadziła i ładnie na wszystko zgadzała, to życie powinno być mniej skomplikowane, mniej wymagające a wręcz wynagradzające za moją spolegliwość. Przecież jak się dzieci słuchają to rodzice mają z górki i wszystko jest cacy. Tak? Jednak nie! No nie działa! Z meżem mi nie wyszło, nie dość, że się zupełnie nie chciał słuchać, to jeszcze chciał, żebym ja się słuchała. Nienormalny jakiś! Dzieci też nie lepsze, charakterek po mamusi mają. Karma! A babcia ostrzegała, że tak będzie, a ja się jej w nos śmiałam. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Taaa…

Taki genetyczny bunt przeciw regułom fatalnie odbija się w kuchni! O ile ugotować jeszcze coś potrafię, bo można improwizować, o tyle pieczenie ciast to moja totalna porażka. Okazuje się, że nie można sypać składników “na oko”, potrzymać krócej, albo dłużej w piecu, żeby sobie doszło. Nie można dać drugiego a potem pierwszego, nie można mieszać za długo, za wolno. Trzeba odmierzać i odliczać, a przecież ja już na początku szkoły średniej postanowiłam, że matematyka nie będzie mi w życiu do niczego potrzebna!                                                                                                             

Umiem za to doskonale ryż ugotować, ale tylko dlatego, że na zajęciach techniki żywienia, które miałam w liceum medycznym (w którym przez kilka lat udawałam, że jestem okay z igłami, krwią i ludzkim cierpieniem) pani “profesor” czuła potrzebę dosłownego dyktowania nam PIERDół. Dlatego wryło mi się w pamięć, że “ilość ryżu to połowa przecinek czyli jedna druga przecinek czyli pięćdziesiąt procent ilości wody kropka”. Dziękuję pani “profesor”, takich edukatorów w dzisiejszych czasach to ze świeczką szukać!

Dorosłość jest ogólnie przereklamowana i nie mam pojęcia po co się tak do niej spieszyłam. Teraz sama muszę prać, gotować, płacić za prąd, nikt mi nie daje na paliwo, i o zgrozo, jeszcze muszę innym dokładać! Cholera jasna, nie tak miało być!

Ja składam reklamację! Nie dość, że nie było księcia na białym koniu, to przez lata miałam księciulka, który dziś nie wyrabia z alimentami. On nie ma. Kropka. No, jak ja nie mam, a muszę mieć, to mam. A on nie. Kropka. Chyba jakaś taryfa ulgowa mi się w końcu należy? Hallo? Na wszelki wypadek, zabroniłam córce oglądać jaichkolwiek bajek, bo one tylko jej życie wypaczą. Naogląda się dzieciak Pocahontas, Kopciuszków czy Pięknej i Bestii i jak nic będzie próbowała alkoholika w księcia zamienić, ucieknie z jakimś cudzoziemcem albo będzie się po imprezach boso szlajać!

Do dorosłości trzeba się stawić. Więc się stawiam. Codziennie. No prawie. Raz na jakiś czas pozwalam sobie na wagary. Od dwóch dni na nich jestem. Daję sobie zgodę na słabość. Nie jest to wcale takie proste. Matka Polka we mnie się buntuje. Nie pozwala. Bo jak tak można?! Można, można, nawet trzeba! Więc… dziś jestem miałka. Prania nie zrobię. Na obiad będzie pizza. (Jeśli gazu w butli wystarczy). Rachunki nie zając. Niestety! Nie pościelę łóżka, talko się w nim położę. Będę czytać podjadając urodzinowy tort koleżanki, którą pożegnałam podsukiennikiem. I jak sobie tak będę leżeć, czytać i jeść tort, to na pewno skończy się to podkołdernikiem.

Reklamy

3 myśli w temacie “Miałka

    1. Ja to nazywam „dzien dziecka” i slusznie pelny luz.ciagla gonitwa dzien za dniem .Bialego konia mozna znalezc tylko z tym krolewiczem jest trudniej,Wydawalo by sie kiedy juz sie go znalazlo to albo darmozjad albo terorysta. to jak wygrana w totolotka.Co do podsukiennikow to jest wskazane))))))

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s