Lost connections

Są takie dni, kiedy zamiast zrobić coś pożytecznego, wartościowego czy rozsądnego, robię wręcz odwrotnie. Takie “na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Podwójny żart ze mnie, bo uszy moje i mama ja. Ostatnio zamiast robić pranie odmóżdżałam się na internecie.

Takie odmóżdżanie jest czasem wysoce wskazane, zwłaszcza po ciężkim dniu pracy. Nic tak relaksująco na mnie nie działa niż oglądanie telewizji. Ale nie takie przemyślane, gdzie wyselekcjonowany film śledzi się od czołówki do napisów końcowych, bez przerw na zrobienie herbaty bądź siusiu. (Swoją drogą kiedyś to był dramat bo pauzy nie można było wcisnąć. Człowiek leci na minutę do kibelka, wraca i już nie ma pojęcia kto zabił. Ba! Kanały pokrętełkiem się zmieniało. Historia antyczna normalnie!)

Nie mam kablówki, więc latanie po kanałach odpada, więc aby przeprowadzić prawidłowo proces odmóżdżenia, oglądam sobie zajawki filmów. Wcześniej zrobiwszy herbatkę. I tak w ciągu, powiedzmy godziny, przelecę po kilka kryminałów, komedii, romansów i horrorów. Rewelacja.

Problem w tym, że już mi się zajawki kończą. Więc, od czasu do czasu, z braku świeżego materiału przerzucam się na czytanie ogłoszeń na Craig’s List.

Dla niewtajemniczonych, Craig’s List to chyba największy portal ogłoszeniowy w USA, na którym można znaleźć wszystko. Dom, pracę, narzeczoną, gitarzystę do zespołu, opiekunkę do dziecka, nielegalne egzotyczne zwierzę i co tam jeszcze ludzka inwencja jest w stanie wykreować. Był nawet morderca. Dlatego, na wszelki wypadek, nie polecam umawiania się na randki przez tą stronę.

Jest taka kategoria pod tytułem “Lost Connections” (Utracone połączenia), gdzie jakaś pani szuka przystojnego bruneta, z którym wymieniła nieśmiałe uśmiechy w kolejce do kasy, a jakiś pan szuka dziewczyny, która w 2014 w barze dała mu serwetkę ze swoim numerem telefonu, a on ją zgubił. Sprawdzam, bo nigdy nie wiadomo czy ten niesamowicie porywający brodacz, z którym w grudniu miałam “moment” na czerwonych światłach przypadkiem mnie nie szuka.

Najpiękniejszą perełką na jaką się natknęłam było ogłoszenie mężczyzny szukającego kobiety, którą spotkał na drodze w Poconos. W wolnym tłumaczeniu szło to tak:

“Zobaczyłem cię dziś ponownie. 13 grudnia. Szłaś drogą 611 koło Rite Aid… prowadziłaś dużą białą kozę. Jestem mężczyzną, który zapytał cię jak koza ma na imię. Widziałem cię już wcześniej, kiedy koza robiła kupę na światłach przy Burger King. Może możemy się spotkać dla zabawy. Wydajesz się być bardzo miłą a twoja koza jest zajebista. Jutro znów będę szukał ciebie i twojej kozy. Napisz do mnie podając imię swojej kozy, żebym wiedział, że to na pewno ty. “ I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Gdyby bohaterowie filmu “Igraszki losu” wiedzieli, że tak się można odnaleźć, zaoszczędziliby lata poszukiwań i pięć dolarów.

Ja gdybym o daniu ogłoszenia pomyślała, to przez ostatni miesiąc nie żyłabym w ciężkim smutku, że kot mi gdzieś zamarzł. Winston wyszedł na spacer 28 grudnia, i jak jakiś facet, który wychodzi po papierosy, zapomniał wrócić. Zima u nas piękna, ale raczej ze środka, bo na zewnątrz bywało poniżej dwudziestu paru Celsjusza, więc kiedy skubaniec nie pojawił się rano na karmienie, ciutkę się zaniepokoiłam. Ale, że już od jakiegoś miesiąca podejrzewałam go, że jest podłym bigamistą i najzwyczajniej żyje na dwa domy, to w panikę jednak nie wpadłam.

Spadł śnieg. Znaczy, znowu spadł śnieg i kiedy kota dalej nie było, wytłumaczyłam sobie, że pewnie nie chce wyjść z (czyjegoś) domu, bo śnieg jak nic do dundunów mu sięga. Śnieg leżał i leżał. Minął prawie miesiąc, spadł wreszcie deszcz, śnieg spłynął, kota dalej nie ma. Przekonana, że to już koniec, Winston jak nic, gdzieś mi zamarzł , a ja podła ciągle go wyzywałam od zimnych drani i zdrajców, kiedy on biedny jest pewnie mrożonym posiłkiem dla leśnych stworzeń. Najpierw krowa, teraz kot. Nie nadaje się do zwierząt! (Edek się nie liczy, bo to głupek a nie pies, a głupkom krzywda się nie dzieje.)

Pierworodny zadzwonił do mnie we wtorek po południu z pytaniem za ile będę w domu. Odpowiedziałam, że jeśli próbuje wyczaić czy zdąży kuchnię posprzątać, to szans nie ma, bo za jakieś siedem minut. Radośnie odpowiedział, że wcale się tym nie martwi, bo wie, że będę w takim stanie, że nawet nie zauważę, że nie posprzątał. Nie miał racji. Juz wiem czemu lepiej mieć kuchnię z drzwiami. Bo jak się wchodzi po pracy do domu to zlewu z garami się nie widzi. A mój synek siedzi sobie jakby nic przy stole z głupim uśmiechem na gębie i… kotem na kolanach!

Kot posiedział z nami jakieś dwie godziny. Przez ten czas poryczałam się z radości i mało go nie udusiłam. Z miłości oczywiście. Jednak po dwóch godzinach Winston zażyczył sobie wyjść na dwór. Koty to jednak świnie. Nie dość, że spasł się do rozmiaru XL, to jeszcze wyprowadził się do innej. Wypuściłam drania. Pierworodny zaprotestował. Czemu???

– Jeśli kochasz pozwól odejść. – odpowiedziałam patrząc na niego wymownie.

– Czemu tak się na mnie patrzysz? Próbujesz mi coś powiedzieć?

Gapię się na niego dalej aż zajarzy.

Excuse mój Ponglish ale niektóre connections w życiu muszą kiedyś być lost.

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Lost connections

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s