Bo Maggie i ja

Dzisiejsza niemal trzygodzinna przejażdżka na Maggie uświadomiła mi, nie po raz pierwszy zresztą, jak bardzo podobne mamy charaktery.

Przede wszystkim, Magdalenę (wiem, wiem, powinno być Małgorzatę, ale jakoś to imię do niej zupełnie nie pasuje) ciężko gdziekolwiek wyciągnąć. Samo złapanie jej z pastwiska przypomina skomplikowane polowanie, a na koniec i tak najlepiej działa przekupstwo. Jak już poczuje w pysku koński smakołyk, pozwala sobie nałożyć kantar i spokojnie da się wprowadzić do stajni. Kiedy nie mam smaczka w kieszeni, latam za nią w kółko i dopiero zagoniona w jakiś kozi róg poddaje się.

Żeby mnie wyciągnąć z domu też trzeba się namęczyć , bo generalnie nie widzę powodu do zmiany otoczenia. Jak mi jest dobrze, a zawsze w domu mi jest dobrze, to po co mam gdzieś łazić? Muszę widzieć jakiś cel, albo przyjemność. Zazwyczaj trzeba mi je bardzo pokazać. Albo mnie przekupić.

Maggie wprowadzona do boksu w stajni też nie jest jeszcze tak do końca przekonana, że należy zacząć współpracować. O ile czyszczenie przebiega w miarę spokojnie, a czesanie grzywki na czole jest prawdziwą przyjemnością (też tak mam – wymiękam jak mi fryzjerka w głowie mizia), o tyle siodłanie to już niemal fokstrot. Na widok czapraka Magdalena zaczyna zataczać wokół mnie kółka, w nadziei, że albo mi się we łbie zakręci, albo, że na jej grzbiet z nim nie trafię. Kiedy uda mi się położyć na nią siodło, to często muszę je jeszcze kilka razy poprawiać zanim wreszcie zaciągnę popręg i je unieruchomię. Najfajniejsza jest z zakładaniem ogłowia. Tak mi się wydaje, że jak Maggie głowę na maxa podniesie to wodze przerzucam na wysokości jakichś dwóch metrów z hakiem. Wsadzenie wędzidła w pysk bywa małym sparingiem. Ale kiedy wszystkie troczki tranzelki są już pozapinane i jest jasne jak słońce, że żadne manewry ciałem nic nie zmienią – kobyła raptem łagodnieje. Jakby inny koń.

Bawimy się już tak od kilku miesięcy, i jest o niebo lepiej niż było na początku, ale zdecydowanie jest między nami rywalizacja, kto czyje nogi rusza. Ja jej, czy ona moje. Na razie mamy remis.

Maggie jest dużą, półpociągową klaczą. Alfa w stadzie, wielce uparta, ale gdzieś tam łagodna a momentami bezsensu bojaźliwa.No, cała ja! (Z wyjątkiem bycia klaczą).

Prawie każdy wyjazd w teren zaczyna się małą rozgrzewką na arenie. Mi arena kojarzy się z występami i na bank Magdalena ma podobne skojarzenie. Ja nie lubię występować. Nic dziwnego, że jeżdżenie w kółko nie wychodzi nam najlepiej. Pochodzić jeszcze owszem, można, ale kłusowanie to już duży wysiłek. Głównie dla mnie. Z nas dwóch to ja zdecydowanie szybciej kłusuję w siodle, niż Maggie pod nim. Potem dochodzą atrakcje typu ścianie zakrętów, wchodzenie na przeszkody, których nie planowałam brać i omijanie tych, które planowałam. Rozgrzewka też kończy się remisem. Magda robi swoje, po czym robimy po mojemu.

Kiedy wreszcie wychodzimy w teren, nie spieszymy się. Zwłaszcza ona się nie spieszy. Póki jedziemy to jedziemy, jeśli zdarzy się jakiś postój to Maggie od razu widzi okazję do zwrócenia. Czemu nie? Próbować trzeba. Osobiście podziwiam po cichu za konsekwencje jej działań i przekonań.

Dziś jej chęć do zawrócenia była szczególnie silna i objawiła się w połowie trasy na prostej drodze. W pewnym momencie koń włączył hamulce i powiedział zdecydowane nie. Cóż, asertywność też doceniam.

Zawracanie Maggie z powrotem w kierunku, w którym do tej pory jechałyśmy przypomina zawracanie lokomotywy na torach bez odpowiednich narzędzi. Lokomotywa jest duża i ciężka, a w dodatku ma swój rozum, który pcha ją w drugą stronę. Jak już udało mi się ją zakręcić wokół jej osi i stanąć prosto, to do przodu ani ani. Za to do tyłu owszem. W krzaki, w rowy, w kamienie i większe głazy. Nie działa nic. Maggie postanowiła, że ma już dosyć.

I o zgrozo, ja też tak mam! Jak mam dosyć to mam dosyć i zabij mnie dopóki czasem boleśnie nie przekonam się, że jednak trzeba inaczej, to zdania nie zmienię. Trzeba było Madzi pomóc zmienić zdanie i w końcu się udało. Znów zobaczyła, że jednak się nie uda, wyjścia nie ma, jedyny kierunek to przed siebie, i wtedy poszła. Z nową energią, i po cichu podejrzewam, że od któregoś momentu z radością. Bo jak życie daje mi cytryny, to nic tylko zrobić lemoniadę i ewentualnie znaleźć co mocniejszego można do niej dolać.

Wróciłyśmy zgrzane, w błocie, wygalopowane ale szczęśliwe. Ciągle remis. I nawet nie wiem czy chcę wygrać. Chyba testując nawzajem swoje czarne charaktery i silne wole , niechcący szlifujemy się na coś lepszego.

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Bo Maggie i ja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s