Karłowicza 22

Pani Architekt, która kupiła dom podobno zapowiedziała wielkie zmiany. Kiedy to usłyszałam, pierwsze co przyszło mi do głowy, że na pewno wymieni poręcz od schodów. Poręcz, po której zjeżdżałam po kryjomu, bo Babcia mi nie pozwalała. Poręcz, po której zjeżdżała po kolei cała nasza czwórka rodzeństwa ciotecznego. Poręcz, po której wcześniej zjeżdżali nasi rodzice.

Może powinnam poprosić, o tę poręcz? Może chociaż o jeden szczebelek, bo przecież jak mi qurva całą poręcz do Ameryki prześlą???

Od poręczy moje myśli podryfowały to kuchni. Do obłej lodówki “Foka”. Do czarno-szaro-białej posadzki z lastryko pękniętej w kształcie litery Y przy drzwiach na werandę. Na werandzie – do meblościanki z lat pięćdziesiątych, przedwojennych komód, w których Babcia trzymała garnki. Do kawy pitej  “po turecku” przy stole pod oknem. Do szklanek z koszyczkami. Do firanek w pomarańczowe kwiaty i żakardowej kapy na wersalce. Do skrzyni wersalki, w której jeże zakładały domy. Do kolorowych pasków z plastiku w drzwiach do ogrodu. Metalowych schodów zawsze w odcieniu jakiejś zieleni. Do czereśni. Czerwonych porzeczek. Śliwki węgierki.

Zanim wróciłam po metalowych schodach do domu i przypomniały mi się wielkie, żółte jabłka, które Dziadek trzymał pod segmentem na rozłożonych gazetach, ryczałam już jak bóbr. Dawno w tym domu nie było Foki, podłogi z lastryko, ani Babci, ani Dziadka. Werandę wchłonął dom, tworząc łazienkę, dodatkowe kilka metrów w pokoju od ogrodu i taras piętro wyżej. Czereśni też już nie ma. Wszystko się zmieniło.

Nie płakałam przez to, że się zmieniło. Płakałam, bo to był Dom na zawsze. Chociaż nie mój, ale nasz. Rodzinny. Od 1946 roku! I nigdy nie przyszło mi do głowy, że ktoś go kiedykolwiek sprzeda. Że ktoś może w ogóle o tym pomyśleć!

W każdej rodzinie znajdzie się taki Członek (i wierzcie mam tu zupełnie inne słowo na języku), który myśli, że jest deBeściak i świat mu nie podskoczy. Idzie przez życie nie oglądając się na nikogo. Żyje pełną piersią i gębą. Z niegrzecznego dziecka wyrasta na młodzieńczego chuligana, z chuligana na aroganckiego dorosłego. Ale taki już jest. Ot! Czarna owca w rodzinie, w każdej jakaś jest, no ale przecież dobry chłopak.

I wszystko gra i buczy. Dopóki świat nie rozłoży go na łopatki. Życie pełną piersią i gębą ma swoją cenę. Buta i arogancja maleją proporcjonalnie do grubości portfela i możliwości. Z czasem pozostaje tylko wstyd. Wstyd, żeby się przyznać do problemów. Wstyd, żeby poprosić o pomoc. A potem nie zostaje nic innego jak sprzedać rodzinny dom. Nic nikomu nie mówiąc.

Nie raz leżałam na łopatkach. Każdy kiedyś leżał. Rozumiem. Że trzeba było wyjść z długów. Że Członek miał pełne prawo sprzedać ten Dom. Ale czy miał prawo moralne?

Przekazujemy rodzinne domy “po mieczu” w nadziei, że na zawsze zostaną w rodzinie. Że ktoś z rodowym nazwiskiem będzie w nim mieszkał. Dwie siostry i syn. Syn dziedziczy dom. Członek, jego syn, dziedziczy po nim.

Pieprzyć to! Nie ważne jakie nazwisko widnieje na drzwiach! Czasem “po kądzieli” ma zdecydowanie więcej sensu! Gdyby dom trafił do którejś z sióstr, to daje sobie ręce i nogi uciąć, że, chociaż z innymi nazwiskami na wizytówkach w każdym kolejnym pokoleniu, to nadal by był w rodzinie!

Kobiety się gromadzą. To one skupiają ludzi, do których możemy przynależeć. Wystarczy zobaczyć co się dzieje ze świętami kiedy umiera Babcia albo Matka. Synowa, bratowa, kobieta, która weszła do rodziny przez małżeństwo, będzie bardziej orbitować wokół rodziny, z której przyszła, będzie ciągnęła w stronę swojej kądzieli. “Po mieczu” to tak naprawdę “po kądzieli” innej rodziny.

Mężczyźni dają rodzinom nazwiska. Kobiety tworzą rody. Niech dziedziczą córki.

Nie dane mi było pożegnać się z domem mojego dzieciństwa. Nie dane było mojej mamie, która przyjechała tam jako kilkumiesięczne dziecko. Nie dane było jej siostrze, która się tam urodziła. Nie dane było jej dzieciom, które tak jak ja, właściwie się tam wychowały.  Nie przejdę po raz ostatni ścieżką obok frontowego ogródka, nie dotknę murów, nie nacisnę dzwonka, nie przejdę przez próg.

Nie dostanę szczebelka z balustrady schodów na pamiątkę. Nie zapomnę. Nie wybaczę.

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Karłowicza 22

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s